
DO RZECZY TYGODNIK LISICKIEGO – NR 26/635 23-29 CZERWCA 2025
Po rozpoczęciu w nocy z 12 na 13 czerwca zmasowanych ataków bombowych i rakietowych na obiekty oraz główne miasta w Iranie izraelski rząd tłumaczył oficjal-
nie, że dokonał ataku prewencyjnego. Władze w Tel Awiwie oskarżyły wówczas reżim w Teheranie, że ten przyspieszył prace nad zdobyciem broni atomowej, która miałaby stanowić egzystencjalne zagrożenie dla izraelskiej państwowości. W ciągu pierwszego tygodnia nowej wojny na Bliskim Wschodzie izraelskie siły zbrojne uszkodziły m.in. największą fabrykę wzbogacania uranu w Natanz 60] (zniszczona została prawdopodobnie zdecydowana większość z ok. 15 tys. wirówek wzbogacających), zakład konwersji uranu w Isfahanie, zakład produkcji paliwa reaktorowego w Teheranie, dwa ośrodki produkujące komponenty do wirówek wzbogacających uran (w Teheranie i Karadżu). Izraelskie lotnictwo uderzyło również w reaktor z ciężką wodą w Arak. Izrael dokonał także egzekucji co najmniej 10 czołowych irańskich naukowców zajmujących się programem atomowym.
Aby zwiększyć prawdopodobieństwo całkowitego unicestwienia irańskiego programu jądrowego, Izrael musiałby jednak jeszcze zniszczyć zakład wzbogacania uranu Fordo. Kłopot w tym, że Irańczycy, spodziewając się izraelskich nalotów, zbudowali ten ośrodek w górach, na głębokości ok. 80-100 m pod powierzchnią ziemi. Głęboko ukryty i dodatkowo wzmocniony obiekt jest więc -odporny na wszelkie konwencjonalne bomby, które znajdują się w arsenale sił zbrojnych Izraela, i chroniony przez wyprodukowane w Rosji systemy rakietowe ziemia-powietrze. Te ostatnie zostały już prawdopodobnie zniszczone przez izraelskie lotnictwo. Aby jednak zniszczyć z powietrza sam ośrodek znajdujący się głęboko wewnątrz góry, władze w Tel Awiwie potrzebują bezpośredniego włączenia się Stanów Zjednoczonych do wojny z Iranem. Tylko Amerykanie dysponują bowiem odpowiednimi militarnymi środkami, aby przeprowadzić skuteczny atak z powietrza na tak dobrze ukryte cele. Do zniszczenia tego typu instalacji zostały zaprojektowane bomby penetrujące znane jako „bunker buster”.
Bomba typu GBU-57 A/B waży 13 600 kg i została skonstruowana w celu przeprowadzania precyzyjnych ataków na strategicznie ważne bunkry i tunele. Według ekspertów przed potężną eksplozją bomba tego typu jest w stanie przedostać się ponad 60 m w głąb ziemi. Precyzyjnie kierowane bomby mogą być zrzucane jedna za drugą, dzięki czemu są w stanie dostawać się coraz głębiej i głębiej.
Amerykanie nie mogą jednak po prostu przekazać takich bomb izraelskiej armii. Zdolne do jej przenoszenia są bowiem wyłącznie amerykańskie bombowce strategiczne B-2 Spirit. Te zaś stoją jedynie w hangarach sił powietrznych USA. Teoretycznie jest tu jeszcze jeden problem: Northrop Grumman, producent bombowców B-2, podaje oficjalnie, że mogą one przenosić ładunek o maksymalnej wadze 18 000 kg. W praktyce jednak Amerykanie testowali już z sukcesem loty bombowcami B-2 z dwoma bombami GBU-57 A/B jednocześnie. W razie wydania przez amerykańskiego prezydenta stosownego rozkazu te supernowoczesne bombowce mogą zaś znaleźć się nad dowolnym celem na świecie w ciągu zaledwie kilku godzin (ich zasięg bez konieczności międzylądowania wynosi ok. 11 tys. km lub nawet 18,5 tys. km z jednym tankowaniem w powietrzu).
W amerykańskim arsenale znajduje się też inna bomba, o której dyskutuje się w kontekście wojny z Iranem: to 10-to-nowa bomba GBU-43/B MOAB, znana też jako „matka wszystkich bomb”, użyta po raz pierwszy w Afganistanie 13 kwietnia 2017 r., podczas próby zniszczenia podziemnych tuneli tzw. Państwa Islamskiego.
Gdyby Amerykanie ostatecznie odmówili włączenia się do wojny po stronie Izraela (co wydaje się wyjątkowo mało prawdopodobne), władze w Tel Awiwie mogą próbować doprowadzić do zniszczenia ośrodka w Fordo. Jak poinformował „The Times of Israel”, siły zbrojne Izraela mają opracowane awaryjne plany ataku na irańskie instalacje, np. przy użyciu oddziału komandosów.
IRAŃSKA BROŃ JĄDROWA?
– Nie chcemy zawieszenia broni, chcemy kompletnego i totalnego zwycięstwa, czyli braku broni jądrowej Iranu – oświadczył w środę amerykański prezydent Donald Trump, który w ubiegłym tygodniu z powodu wojny izraelsko-irań-skiej skrócił swój udział w spotkaniu przywódców klubu G7 w kanadyjskim Calgary, by pilnie udać się na strategiczną naradę do Białego Domu.
Jeszcze wcześniej izraelski premier Beniamin Netanjahu w języku angielskim przemówił do świata (czytaj: do Amerykanów), przekonując, że izraelski naród wyciągnął wnioski z historii i europejskiej polityki appeasementu wobec Hitlera, dlatego tym razem izraelskie oddziały nie czekały na „atomowy Holokaust”, ale pierwsze przystąpiły do zmasowanego ataku.
Niestety, opowieści premiera Netanja-hu o złych ajatollahach i ryzyku rychłego „atomowego Holokaustu” można włożyć między bajki. Doskonale wiedzą o tym nie tylko publicyści i analitycy zachodnich think tanków, specjalizujący się w rejonie Bliskiego Wschodu – oni informacje o tym, że Iran już za kilka miesięcy będzie miał w arsenale broń jądrową, słyszą od ’ co najmniej dwóch dekad. Sam Netanjahu o tym, że Iran już za kilka, kilkanaście miesięcy zagrozi światu swą bombą atomową, mówił publicznie już wielokrotnie, choćby na forum ONZ. Na przykład we wrześniu 2012 r. (słownie: dwa tysiące dwunastego). To właśnie wówczas świetny retorycznie premier Izraela miał ze sobą planszę z narysowanym konturem symbolizującym irańską bombę, ostrzegając wówczas, że do dokończenia prac nad najgroźniejszą bronią ludzkości Irańczy-kom pozostał… niespełna rok.
Analitycy wskazują także na to, że Netanjahu cyklicznie rozpoczyna nowe wojny w regionie, gdy tylko zagrożona jest koalicja rządowa, na której czele stoi. Utrata władzy mogłaby bowiem kosztować go również utratę osobistej wolności – i to nie z powodu nakazu aresztowania wydanego przez Międzynarodowy Trybunał Karny za zbrodnie wojenne na narodzie palestyńskim, ale z powodu formułowanych od lat przez izraelską prokuraturę zarzutów o korupcję na wielką skalę oraz nadużycia władzy.
Wróćmy jednak do oficjalnego casus belli, czyli zagrożenia, które stanowić miałaby irańska broń atomowa. Według dostępnych publicznie najnowszych raportów zachodnich wywiadów nie ma żadnych dowodów na to, że Irańczycy rzeczywiście pracowali w ostatnich miesiącach czy latach nad skonstruowaniem bomby atomowej (choć zdaniem zachodnich dyplomatów istnieją silne poszlaki, iż władze w Teheranie prowadziły tajny program jądrowy do roku 2003). Irańczycy od ponad dwóch dekad zapewniali, że ich program jądrowy ma mieć jedynie pokojowe zastosowanie. I te informacje z Teheranu zdają się potwier- '< dzać zachodnie służby wywiadowcze, • w tym szpiedzy z USA. Dyrektor amerykańskiego Wywiadu Narodowego Tulsi Gabbard – sprawująca nadzór nad 18 agencjami wywiadowczymi, w tym nad CIA, NSA i FBI – w marcu obecnego roku oznajmiła przed Kongresem, że Iran nie wznowił programu broni jądrowej. I podkreśliła, że projekt mający na celu wojskowe wykorzystanie atomu pozosta-je w zawieszeniu od roku 2003. Donald Trump zapytany w ubiegłym tygodniu o wypowiedź dyrektor Gabbard, odpowiedział w swoim stylu: „Nie obchodzi mnie, co ona powiedziała”. I dodał, że jego zdaniem Iran był już „bardzo blisko” wyprodukowania broni atomowej.
Problem w tym, że nie była to tylko ocena pani Gabbard. „Iran nie dążył w aktywny sposób do uzyskania broni jądrowej” – przekonywali w ubiegłym tygodniu czterej anonimowi informatorzy związani z amerykańskim wywiadem, cytowani w materiale telewizji CNN. Według tych źródeł Iran potrzebowałby jeszcze co najmniej trzech lat, aby zyskać zdolność do produkcji broni atomowej. To, co mogło budzić niepokój, to szybko przyrastająca ilość wzbogaconego uranu. Według ekspertów decyzja o budowie bomby jądrowej wcale jednak nie zapadła, a nawet gdyby Teheran taką decyzję podjął, to na jej realizację potrzebowałby kilkudziesięciu miesięcy.
Również Rafael Grossi, szef Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej (MAEA), powiedział w czwartkowym wywiadzie dla telewizji Al-Dżazira, że „nie ma dowodów na to, że Iran buduje broń jądrową”. To właśnie inspektorzy MAEA odgrywają kluczową rolę w monitorowaniu programów jądrowych, w tym programu atomowego Iranu. Rafael Grossi stanowczo oznajmił również, że opublikowaną 12 czerwca rezolucję Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej (MAEA), która uznała, iż Iran nie wypełnia swoich zobowiązań w sferze nuklearnej, można było potraktować jako zielone światło do przeprowadzenia ataków na Iran (izraelskie lotnictwo rozpoczęło bombardowanie w ciągu 24 godzin od opublikowania tego dokumentu). Na mocy układu o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej, ratyfikowanego przez 189 krajów w tym przez Iran w roku 1970, władze poszczególnych państw są zobowiązane do zadeklarowania wszystkich substancji i całej działalności nuklearnej. Inspektorzy MAEA są zaś uprawnieni do sprawdzania, czy nie są one wykorzystywane w celach innych niż pokojowe.
Komentatorzy zauważają, że choć kwestia zdolności Iranu do budowy broni atomowej jest kwestią dyskusyjną, to pewne jest, że poza jakąkolwiek kontrolą Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej pozostaje Izrael. Tajemnicą poliszynela jest zaś to, że reżim w Tel Awiwie jako jedyny kraj na Bliskim Wschodzie dysponuje bronią jądrową. Tajny program atomowy ruszył w połowie ubiegłego roku. Władze w Tel Awiwie nie potwierdzają ani nie zaprzeczają, że kraj ten dysponuje śmiercionośnym arsenałem. Izrael nie podpisał nigdy układu o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej i mimo wielu międzynarodowych apeli nie dopuszcza do swych obiektów nuklearnych międzynarodowych inspektorów. Szacuje się, że izraelska armia posiada obecnie ok. 90 głowic jądrowych w gotowości do operacyjnego użycia oraz dodatkowo zapas od 300 do 500 głowic.
BUDZĄCY SIĘ LEW
Premier Netanjahu – który w ostatnich miesiącach skutecznie unicestwił swoich wrogów w Libanie (udało mu się tam zlikwidować lidera Hezbollahu Hasana Nasr Allaha oraz większość dowódców tej organizacji), Syrii (doprowadzając do upadku reżimu Baszara al-Asada i bombardując cele na terenie tego kraju nawet po zmianie władzy), Jemenie (niszcząc dużą część zdolności wojskowych Ruchu Huti) i w Strefie Gazy (nie tylko likwidując bojowników Hamasu, lecz także doprowadzając do zbrodni wojennych na skalę niespotykaną we współczesnym świecie) – postanowił teraz wykorzystać czas słabości władz w Teheranie i zawalczyć o tytuł władcy Bliskiego Wschodu.
Prawdziwym celem ataku na Iran nie jest więc jakaś tam atomowa bomba, ale obalenie reżimu ajatollahów, będącego głównym regionalnym rywalem Izraela. Plan B to zaś przynajmniej doprowadzenie do głębokiej destabilizacji politycznej, która w praktyce uniemożliwiłaby Iranowi sprawne funkcjonowanie i sprowadziłaby Iran na bliskowschodniej szachownicy do roli zwykłego pionka.
Do realizacji tak postawionego zadania nie wystarczą jednak ani izraelskie bomby i rakiety (choć likwidacja tak wielu wysokich rangą oficerów wywołała zapewne potężny strach wśród członków irańskich elit), ani bolesne sankcje gospodarcze (które doprowadziły do potężnego skurczenia się irańskiej gospodarki i znaczącego spadku dochodu narodowego zwłaszcza z eksportu ropy naftowej).
Premier Izraela Beniamin Netanjahu oficjalnie oznajmił, że nie wyklucza ataku na irańskiego przywódcę Alego Chamenei. Minister obrony Izraela, Israel Kac, stwierdził zaś, że ajatollah Chamenei „nie może dłużej istnieć”. I dodał, że Siły Obronne Izraela (IDF) otrzymały w tej kwestii stosowne „instrukcje”. – Porównuję to do scenariusza, w którym gdyby podczas strasznego Holokaustu istniały Państwo Izrael i silne Siły Obronne Izraela, a my wiedzielibyśmy, że możemy wysłać Siły Obronne Izraela do bunkra, aby pojmać wroga narodu żydowskiego, Hitlera, i udaremnić jego plan zagłady Żydów, to byśmy to zrobili – zaznaczył minister Kac.
Do zmiany reżimu nie wystarczą kolejne izraelskie egzekucje. Potrzebne jest też współdziałanie irańskiego narodu. Zapewne dlatego operacji polegającej na ataku na Iran stratedzy w Tel Awiwie nadali kryptonim Budzący się Lew. Ta nazwa to zwiastun tego, że działający na terenie Iranu agenci izraelskich służb będą starali się wykorzystywać nie tylko niezadowolenie społeczne, wynikające z gwałtownego pogorszenia się jakości życia w kraju coraz bardziej zniszczonym w wyniku izraelskiego ataku, lecz także odwoływać się do korzeni antysystemowej opozycji. Do czasu rewolucji islamskiej 1979 r. to właśnie lew (z mieczem w prawej łapie) był oficjalnym symbolem państwowym Iranu. Przez kilkaset lat symbolizował siłę i potęgę rządzącej krajem monarchii i stanowił element irańskiej tożsamości narodowej. Symbole lwa i słońca są więc nadal używane przez irańskich opozycjonistów. I właśnie to próbuje teraz wykorzystać Izrael. Wydaje się jednak, że Persowie to zbyt dumni i zbyt mądrzy ludzie, aby dać się tak łatwo rozegrać. Wielu Irańczyków -również z młodego pokolenia – jest zaś od lat negatywnie nastawionych zarówno do USA, jak i do izraelskich agresorów.
SCENARIUSZE WOJENNE
Tak wyznaczony cel oznacza, że wojna potrwa prawdopodobnie co najmniej wiele tygodni. Podczas pierwszych siedmiu dni od agresji na Iran izraelscy piloci oraz członkowie służb specjalnych zdołali wyeliminować większość baterii irańskiej obrony antyrakietowej, a także zabić kilkudziesięciu najwyższych rangą irańskich dowódców i oficerów. Udało im się też zlikwidować Alego Szamcha-niego, czyli doradcę ajatollahów odpowiedzialnego za negocjacje ze Stanami Zjednoczonymi (nie może on więc dłużej kusić Donalda Trumpa wizją rozwiązania dyplomatycznego i dotrzymania najważniejszej przedwyborczej obietnicy obecnego gospodarza Białego Domu, którą było niewplątywanie Ameryki do nowych wojen). W ostatnich tygodniach negocjacje amerykańsko-irańskie w Omanie nabrały tempa, a Izrael nie ukrywał, że jest przeciwny próbie rozwiązania problemu irańskiego programu nuklearnego za pomocą dyplomacji. Kilkudniowa wymiana rakietowych ciosów między Izraelem a Iranem sprawiła, że powrót do stołu rokowań wydaje się mało realny. Wprawdzie 86-letni przywódca Iranu Ali Chamenei z pewnością nie chce podzielić losu Hasana Nasr Allaha lub Saddama Husajna, ale nie po to całe życie stawiał opór presji, aby teraz potulnie się ukorzyć przed „wielkim i małym Szatanem” (i w konsekwencji stracić władzę i życie). Przebywający najprawdopodobniej w podziemnym bunkrze Chamenei na wszelki wypadek zrzekł się już części władzy na rzecz Rady Najwyższej Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej. Mimo to Teheran nadal postępuje w tym konflikcie wyjątkowo ostrożnie. Irańskie władze robią, co tylko mogą, aby nie prowokować Stanów Zjednoczonych: do zamknięcia tego numeru nie tylko nie atakowali więc amerykańskich baz w regionie, lecz także nie zamknęli kluczowych szlaków handlowych w Zatoce Perskiej. Chociaż irańska armia dysponuje również pociskami hipersonicznymi, które są w stanie przedostać się przez wyjątkowo nowoczesny system obrony powietrznej znany jako Żelazna Kopuła, wspierany przez amerykańskie systemy Patriot oraz THAAD, to władze w Teheranie w zeszłym tygodniu wykorzystywały je bardzo wstrzemięźliwie (dodatkowym powodem są też stosunkowo niewielkie zapasy tego typu rakiet).
Izrael z kolei w pierwszym tygodniu wojny umiejętnie wykorzystał swoją przewagę militarną i dyplomatyczną. Cytowany przez Agencję Reutera przedstawiciel izraelskiego wojska powiedział pod koniec ubiegłego tygodnia, że według szacunków armii Izraelowi udało się jitż zniszczyć dwie trzecie irańskich wyrzutni rakiet balistycznych. Iranowi miały pozostać jeszcze ponad 100 sprawnych wyrzutni oraz tysiące rakiet i pocisków zdolnych razić m.in. amerykańskie bazy na Bliskim Wschodzie.
Bez wsparcia Amerykanów Netanjahu nie uda się jednak zmienić władzy w Teheranie. Dlatego wbrew zapowiedzi Białego Domu, zgodnie z którą Donald Trump dał sobie dwa tygodnie na odpowiedź, czy USA zaangażują się bezpośrednio w atak na Iran, decyzja o dołączeniu Ameryki do wojny wydaje się wielce prawdopodobna. Wprawdzie zdolność do precyzyjnego komunikowania się ze światem nie jest najsilniejszą stroną obecnego gospodarza Białego Domu, ale kolejne wypowiedzi Donalda Trumpa wskazują, że pozostaje pod ogromnym wpływem izraelskiej narracji. A także pod wpływem proizraelskich współpracowników. Gospodarz Białego Domu ujawnił w zeszłym tygodniu w mediach społecznościowych zrzut ekranowy wiadomości SMS, którą miał otrzymać od obecnego ambasadora Stanów Zjednoczonych w Izraelu (i byłego kandydata Partii Republikańskiej na prezydenta w 2016 r.). „Panie Prezydencie, Bóg oszczędził pana w Butler w Pensylwanii, aby mógł pan zostać najważniejszym prezydentem od stulecia, a może i w historii […]. Nie chciałbym, aby ktokolwiek inny podejmował decyzje, które leżą na twoich barkach. Wiele osób zwraca się do ciebie, ale jest tylko JEDEN głos, który się liczy. JEGO głos” – pisał do prezydenta ambasador Mikę Huckabee, przekonując, że od czasów prezydentury Harry’ego Trumana w roku 1945 żaden amerykański przywódca nie był w podobnej sytuacji jak obecnie Donald Trump (najprawdopodobniej Huckabee nawiązywał w ten sposób do decyzji Trumana o zrzuceniu bomb atomowych na Hiroszimę i Nagasaki). Przekaz ambasadora poparł publicznie republikański senator Lindsey Graham. „Od 1979 r. religijni naziści, którzy tworzą reżim ajatollahów, sieją spustoszenie w Izraelu i na świecie” oznajmił. I dodał: „Oby Bóg nadal błogosławił Izraelowi, Stanom Zjednoczonym i prezydentowi Trumpowi w tym historycznym momencie”.
Gospodarz Białego Domu opublikował zaś własny post, w którym zwrócił uwagę, że Stany Zjednoczone wiedzą, gdzie przebywa ajatollah Ali Chamenei, i że „jest to łatwy cel”, choć „na razie” Ameryka nie zamierza likwidować irańskiego przywódcy. Wezwał także Irańczyków mieszkających w Teheranie do ewakuacji i zażądał od irańskich władz „bezwarunkowej kapitulacji”. Czy to sygnał, że Trump zamierza spełnić marzenia Netanjahu o hegemonii na Bliskim Wschodzie? Przekonamy się już wkrótce. Niebawem dowiemy się też, jak wysoką cenę za to zapłacą Ameryka i jej sojusznicy.
publikuje: Cwi Mikulicki Hajfa Izrael