Menu Zamknij

Kto tu wpuścił Engelking?

NR 22/631 26 MAJA-1 CZERWCA 2025

Rafał A. Ziemkiewicz

Z Barbarą Engelking na czele swej rady Muzeum Auschwitz stanie się ważnym punktem antypolskiego frontu

Mianowanie Barbary Engelking przewodniczącą Rady Muzeum Auschwitz nie może być oceniane inaczej niż jako sygnał powrotu przez rządzące, lewicowo-libe­ralne elity do polityki celowego poniża­nia Polaków i polskiej historii, nazywanej potocznie „pedagogiką wstydu”. Po pro­stu nie sposób znaleźć dla tej nominacji żadnego uczciwego powodu ani żadnego innego logicznego uzasadnienia niż polityczna gra i socjotechnika. Jest to socjotechnika lat 90., której szczytowym punktem była kampania medialna i polityczna powiązana z publikacją książki Jana Tomasza Grossa „Sąsiedzi”. Dodajmy, że przyniosła ona wielkie szkody nie tylko Polsce jako państwu, lecz także wspomnianym elitom. Irytacja, wywołana promowaniem oszczerstwa „polskiej współwiny” za Holokaust, miała swój udział w buncie wyborców przeciw salonom w latach 2005 i 2015.

A Barbara Engelking, jako szefowa rady, nie jest w stanie wnieść do mu­zeum Auschwitz niczego innego niż tylko to oszczerstwo, będące lejtmotywem całej publicznej działalności jednej z najbardziej znanych postaci „nowej szkoły badań nad Zagładą”. Jej dorobek naukowy – podobnie jak całej wspo­mnianej „nowej szkoły” – jest zwykłym humbugiem. Pozostawiając szczegóły sprawy – o których zresztą kiedyś już pisałem („Engelking na miarę potrzeb”, „Do Rzeczy” nr 22/2023] – autorom bardziej kompetentnym, przypomnę tylko, że pod głoszonym przez Engelking hasłem „skupienia się na bezpośrednich, konwencjonalnych i niekonwencjonal­nych przekazach ofiar i potencjalnych ofiar” kryje się po prostu odmowa przestrzegania reguł klasycznego, nauko­wego warsztatu wypracowanego przez pokolenia historiografów. „Badacze” identyfikujący się z „nową szkołą badań

nad Zagładą” odrzucają „krytykę źródeł” i postulują opieranie się bezkrytycznie na wspomnieniach ocalonych, z założe­nia nie konfrontując ich z dokumentami, a tym bardziej ze świadectwami niepochodzącymi od „ofiar i potencjalnych ofiar”, czyli nieżydowskimi.

Te pierwsze nad drugimi mają w ich oczach o tyle większą wagę, że w swych „badaniach” opierają się także na świa­dectwach pośrednich: powiedzmy, na wspomnieniach kogoś, kto w 1944 r. na stacji kolejowej pod Warszawą rozma­wiał z bliżej mu nieznanym mężczyzną, który miał wydostać się z płonącego mia­sta, i ten opowiadał mu, że w Warszawie polscy powstańcy polują na Żydów i mor­dują ich (to nie jest zmyślony przykład: właśnie na takim materiale źródłowym zbudowany został nagłośniony kiedyś przez „Gazetę Wyborczą” mit o „mnó­stwie Żydów, wymordowanych przez

powstańców warszawskich”]. Nie stronią również od wspomnianych już przeka­zów „niekonwencjonalnych” – np. snów. W ten sposób relacja wnuczki, że ocalona z Zagłady babcia często śniła koszmary, w których uciekała przed Polakami, staje się dla Barbary Engelking naukowym dowodem jej ulubionej tezy, że w czasie okupacji Żydzi musieli bardziej się bać Polaków niż Niemców.

NAUKOWA HUCPA

Właśnie dlatego Barbara Engelking, z wykształcenia psycholog, doktoryzo­wana i habilitowana na podstawie prac z zakresu socjologii kultury, kieruje Centrum Badań nad Zagładą Żydów afiliowanym nie przy Instytucie Historii PAN, ale przy Instytucie Filozofii i Socjo­logii PAN. Ten szczegół zwykle umyka uwadze niezorientowanych, dostrzegają oni tylko autorytet, który daje instytucji pani profesor Polska Akademia Nauk w nazwie. W istocie Centrum powstało, by badać „doświadczenie Holokaustu”

– jego kulturowe, socjologiczne i psycho­logiczne konteksty, a nie przebieg, który przynależy do badań historycznych. To, że profesor psychologii i socjologii oraz jej zespół, w dużej części złożony z hi­storyków literatury, socjologów i kulturoznawców, zostały wykreowane przez media i instytucje polityczne na history­ków, odkrywających „bolesną prawdę” o tym, kto naprawdę był winien Zagłady i kto najwięcej zaszkodził jej ofiarom, to jedna z największych hucp, jakie kie­dykolwiek się przydarzyły w nauce, nie tylko polskiej.

Tę polityczno-medialną hucpę urzą­dzono świadomie i celowo, korzystając przy tym ze sprawdzonych metod. Jedną z nich jest bardzo chętnie stosowana przez aktywistów lewicowych socjotechnika, polegająca na prowokowaniu przez komandosów lewicowych narracji powszechnego oburzenia ostrymi ataka­

mi na powszechnie uznane wartości czy po prostu zdrowy rozsądek, by następ­nie mogli przedstawiać się jako ofiary hejtu i męczennicy prawdy. Po skrajnie bezzasadnych oskarżeniach, po niespra­wiedliwych wypowiedziach o polskiej współwinie czy jawnie prowokacyjnym, rasistowskim wręcz stwierdzeniu, że dla Żydów śmierć jest doznaniem metafi­zycznym, spotkaniem z Najwyższym,, a dla Polaków tylko fizjologią, stała się Engelking, jak zapewne na to liczyła, obiektem powszechnej krytyki. I to nada­ło ogromny, międzynarodowy rozpęd jej karierze. Z licznych głosów oburzenia życzliwe jej media, w tym te najbar­dziej wpływowe, starannie wybierały wypowiedzi najbardziej emocjonalne, niekiedy skrajne, których nie brakowało zwłaszcza w mediach społecznościowych, tworząc na tej podstawie narrację o prześladowaniu niezależnej historyk przez „prawdziwych Polaków” (w krę­gach lewicowo-liberalnych to oczywiście określenie ironiczne i obelżywe, synonim

„polskiego faszysty”], którzy nie mogą ścierpieć odkrywanej przez nią prawdy.

MĘCZENNICA

Uwiarygodnił tę narrację m.in. uniwer­sytet w Tel Awiwie, honorując Engelking doktoratem honoris causa – z otwartym uzasadnieniem, że chce jej w ten sposób wynagrodzić doznawane w Polsce sokratejskie cierpienia. Bezpośrednim impul­sem do przyznania jej tego zaszczytu był przegrany przez Engelking i współautora pracy „Dalej jest noc” Jana Grabowskiego w pierwszej instancji proces cywilny, wytoczony przez Filomenę Leszczyńską, która upomniała się o cześć swojego stryja – człowieka, który w czasie wojny z narażeniem życia własnego i rodziny ratował Żydów, a opisany został przez badaczy „nowej szkoły” jako ich oprawca, bo w takiej akurat roli pasował im do bu­dowanej narracji. Choć kłamstwo zostało

stwierdzone ponad wszelką wątpliwość, a proces przeprowadzono z powództwa prywatnego, o ochronę dóbr osobistych, a nie prokuratorskiego, to przedstawiono go w światowych mediach jako przejaw prześladowania historyków przez „rzą­dzący Polską katolicko-narodowy reżim”. Warto tu przy okazji dodać, że sąd apela­cyjny zmienił ten wyrok, uznając, że na­ukowcom przysługuje „prawo do błędu”, podobnie jak lekarzom, i przypomnieć podobny proces wytoczony przez Adama Michnika historykowi IPN za omyłko­we stwierdzenie, jakoby ojciec twórcy „Gazety Wyborczej” skazany był w IIRP za szpiegostwo (podczas gdy w istocie skazano go za zdradę państwa polskiego – co, na zdrowy rozum, hańbi jego pamięć jeszcze bardziej]. Bo, oczywiście, history­kowi IPN nasze sądy „prawa do błędu” nie przyznały, co mówi właściwie wszystko o ich bezstronności.

Pretekstem do kreowania wizerunku Barbary Engelking jako prześladowanej przez nacjonalistów męczennicy był także

pełen antypolskich stwierdzeń wywiad udzielony Monice Olejnik w rocznicę powstania w warszawskim getcie, a mó­wiąc ściśle – rzucona po nim publicznie przez Przemysława Czarnka, ówczesnego ministra edukacji, uwaga: „Nie wiem, czy państwo powinno finansować taką naukę”, którą rozdmuchano do rozmia­rów zapowiedzi zlikwidowania przez PiS „niepokornego” Centrum przy 1FIS PAN. W bardzo charakterystyczny sposób bro­nił wtedy Barbary Engelking prof. Michał Bilewicz – ten, który w ostatnich dniach zasłynął wyborczym komentarzem, że wybór między Nawrockim a Trzaskow­skim to wybór pomiędzy tymi, którzy podpalali stodołę w Jedwabnem, a tymi, którzy próbowali z niej Żydów ratować (pomińmy już, że oparta na opowieści Grossa „hagada”, którą przywołał, nie wytrzymuje konfrontacji z historycznymi faktami). Bilewicz podkreślił wtedy, że

Czarnek zaatakował Engelking z zawiści, ponieważ pochodzi z chłopstwa, z awansu społecznego, podczas gdy ta ostatnia jest przedstawicielką rodu „profesorskiego”.

DWÓR -CHAŁUPA- ARENDA

To klasowe spojrzenie Bilewicza na krytykę antypolskiej aktywności Engelking zasługuje na zauważenie, gdyż wyjaśnia jedną z dwóch przyczyn, dla których ludzie pokroju Grossa, Grabow­skiego, Leociaka czy właśnie Engelking mogą zawsze liczyć na gorące wsparcie lewicowo-liberalnych elit. Przyczy­nę rzadziej zauważaną, nazwijmy ją: krajową. Otóż narracja o „odwiecznym polskim antysemityzmie”, o szczegól­nych winach Polaków wobec Żydów, zwłaszcza w związku z Holokaustem, i – by przywołać kanoniczny dla zjawiska tekst „biednych polskich chrześcija­nach patrzących na getto” – zaspokaja jedną z najgłębszych, tożsamościowych potrzeb formacji lewicowo-liberalnej i jej inteligenckiej w większości publiczności.

To, co najistotniejsze dla zrozumie­nia porachunków polsko-żydowskich w ostatnich stuleciach, zwykle umyka bowiem uwadze nie tylko obserwatorów zachodnich, którym łatwiej to wybaczyć, lecz także większości krajowych. To, mianowicie, że nie mamy tu do czynienia z porachunkami dwustronnymi między Polakami a Żydami – ale ze wzajemny­mi stosunkami w trójkącie. Polski pan, szlachcic, który potem przedzierzgnął się w inteligenta – polski plebejusz – polski Żyd. Dwór – chałupa – arenda. Kto tego nie rozumie, nie rozumie nic.

Najkrócej mówiąc – zainteresowanych rozwinięciem problemu zapraszam do lektury mojego „Chama niezbuntowane- go” – Żyd przez wieki robił w tym trójkącie za pośrednika, którego rękami Pan mógł dopuszczać się różnych podłości, których mu wobec bliźniego zabraniała jego wiara. Szlachcic/inteligent patrzył więc na tego pośrednika w najgorszym razie z lekce­ważeniem, nazywając go nie „Żydem”, a „Żydkiem”, ale bez wrogości, bo był dla niego użyteczny. Natomiast chłop widział w Żydzie prześladowcę i śmiertelnego wroga. Przy czym bezpośrednia sprawa wyzysku wzbudzała niechęć tym większą, że był obcy, odmienny religią, obyczajem i specyficznym żargonem, którym mówił; podczas gdy jego faktyczny mocodawca, szlachcic, swym stylem życia, jego wystawnością oraz obyczajem imponował i budził marzenie, by być takim samym.

Szczególnie wybuchły te emocje na przełomie wieków XIX i XX, gdy rodziło się nowoczesne, industrialne społeczeństwo i kształtująca się polska klasa średnia musiała zderzyć się ze społecznością żydowską, która w dawnej Rzeczypospolitej zastąpiła praktycznie nieistniejący przez to stan mieszczański i nadal zajmowała jego miejsce.

Antysemityzm w Polsce nie miał nigdy charakteru rasowego – jeśli w ogóle po­jawiały się w nim takie wątki, to prawem wtórnej racjonalizacji. Był raczej lokalną odmianą walki klas. W którąkolwiek stronę obrócił się polski przedwojen­ny chłop, widział jakiegoś Żyda, czy to pachciarza, czy handełesa, który, brzydko mówiąc, rżnął go na kasie. Gdy chłopski syn szedł do miasta, kształcił się i chciał wejść do elitarnych zawodów, zostać lekarzem, adwokatem – zderzał się z za­siedziałymi sitwami, które też postrzegał jako zmowy żydowskie. Stąd postulaty parytetu dla Polaków na wyższych uczelniach (opisywanego w historiografii jako numerus clausus dla Żydów], an­tyżydowskie bojkoty czy tumulty, które zwykle, jak w Przytyku, zaczynały się od kłótni na targowisku etc.

To przypisanie wrogości wobec Ży­dów warstwie niższej, „chamstwu”, w sy­tuacji, gdy wrogość ta stała się wskutek doświadczenia Holokaustu czymś zde­cydowanie hańbiącym, zdeterminowało postawę michnikowszczyzny i determi­nuje ją do dziś. Charakterystyczne, że już pierwsze propagandowe salwy, oddane w 1989 r. w „wojnie na górze”, bazowały na oskarżeniu Wałęsy i wiernych mu związkowców o antysemityzm. Narracja o „polskim antysemityzmie”, kompro­mitującym nas przed światem, w istocie będąca biciem się przez lewicowo-li­beralną inteligencję w cudzą, plebejską pierś, wpisała się idealnie w szerszą opowieść o światłej, prozachodniej elicie i ciemnym ludzie, nad którym elita ta

stale musi trzymać straż, brać go w dyby „dziejowej konieczności” (reform] oraz chłostać wstydem. Bo inaczej, gdyby tyl­ko „hołocie” popuścić – zrobi tu faszyzm i oderwie nas od Europy. Mało kto już dziś pamięta, że w determinującej dalsze dzieje III RP kampanii wyborczej 1990 r. jeden z najczęściej pokazywanych przez sztab Mazowieckiego spotów pokazy­wał cios siekierą (kojarzoną z „małym Mussolinim Wałęsą] w mapę, odcinający Polskę od zachodniej części kontynentu.

Ta sytuacja, dodatkowo zaostrzona emocjami wynikającymi z pomarcowych traum środowiska „komandosów”, wytworzyła fantastyczną koniunkturę dla szalbierzy pokroju Barbary Engelking. Zmobilizowała ogromne poparcie dla przy­pisywania Polakom wszelkich, nawet naj­bardziej absurdalnych win wobec Żydów i pchnęła tłumy inteligenckich „pożytecz­nych idiotów” do odprawiania zbiorowych rytuałów samobiczowania, mielenia frazesów o potrzebie szczerego wyznania win i oczyszczenia, produkowania memów w rodzaju karuzeli na placu Krasińskich, na której rzekomo Polacy bawili się wesoło, podczas gdy obok „naziści” pacyfikowali getto itd. Nie trzeba chyba tego wszystkie­go przypominać. Warto dodać, że sytuacja ta zbiegła się w czasie z opanowaniem lewicowo-liberalnych elit Zachodu modą, którą Pascal Bruckner nazwał w sławnej książce „Tyranią skruchy”. Polskim salo­nom tym bardziej dodało to przekonania, że intensywne samobiczowanie wpisuje je w światowy trend i w wyższość elit zachodnich, do których aspirowały.

Czynnikiem drugim, i zapewne de­cydującym, było powstanie po upad­ku ZSRS tego, co Norman Finkelstein nazwał „przedsiębiorstwem Holokaust”. Wpływowe amerykańskie środowiska żydowskie zaczęły łakomie spoglądać na „mienie bezspadkowe” w dołączających do Zachodu byłych państwach postko­munistycznych, zwłaszcza, oczywiście, na Polskę. Ponieważ żadne prawo świata nie przewiduje pojęcia „mienia bezspadkowego” i możliwości przejmowania go na zasadzie jakiegoś dziedziczenia plemiennego, zaczęto tworzyć dla roszczeń uzasadnienie odwołujące się do argumentu moralnego: Polacy muszą „oddać” mienie po ofiarach Zagłady (lub jego ekwiwalent w brzęczącej walucie], bo są jej współsprawcami – każdy wszak

przyzna, że to niemoralne pozwalać zbrodniarzom zachować mienie, które zrabowali ofiarom. Na budowanie tej narracji skierowano środki adekwatne do oczekiwanych zysków. Część z nich nakręciła koniunkturę dla „nowej szkoły badania Holokaustu”.

Nie bez znaczenia jest wreszcie skomplikowana sytuacja polityczna państwa Izrael, gdzie syjoniści Beniami­na Netanjahu, realizujący plan wielkiej czystki etnicznej, balansują od lat na krawędzi utraty władzy i chętnie sięgają po antypolską nienawiść jako czynnik łą­czący ich z mniejszymi, skrajnie radykal­nymi koalicjantami, w rodzaju Becalela Smotricza, a i ich polityczni przeciwnicy, jak Ja’ir Lapid czy Naftali Bennett, grają chętnie tą samą kartą. W oczywisty spo­sób ich propagandowa licytacja rzutuje na nastawienie do Polski całej żydow­skiej diaspoiy.

MAMY PROBLEM

Żaden z tych czynników nie przestał działać, można więc się spodziewać, że ataki będą trwać, a po utracie wła­dzy przez Tuska i stojący za nim obóz lewicowo-liberalny ulegną szczególnemu nasileniu: Polska znów będzie rządzona przez „narodowo-katolicki reżim”, wobec którego nie obowiązują żadne skrupuły i przeciwko któremu znów będzie można z powodzeniem używać polskich lewi­cowo-liberalnych salonów, które utrata władzy bez wątpienia wprawi w kolejny paroksyzm histerii i pogardy dla „polskiej ciemnoty”. Z Barbarą Engelking na czele swej rady Muzeum Auschwitz stanie się ważnym punktem antypolskiego frontu.

Czy minister Hanna Wróblewska zdaje sobie z tego sprawę? Czy podpisała tę nominację, nie zdając sobie sprawy, że tak wyraziście niechętna Polakom aktywistka jest ostatnią osobą, która licowałaby z misją Muzeum jako miejsca upamiętniania, a nie instrumentalizowania ofiar straszliwej zbrodni, czy może właśnie po to, by do tej instrumentali­zacji doszło? Czy skandaliczną decyzję podjęto ponad nią, w gabinecie premiera, czy też może minister okazała się nieod­porna na lobbing środowisk zaintereso­wanych wzmaganiem presji na Polskę? W gruncie rzeczy nie ma to wielkiego znaczenia. Ważne jest, że mamy teraz poważny problem.

Opracował: Janusz Baranowski – Tatar Polski, twórca Solidarności, potomek Powstańców Styczniowych, Legionistów, Generałów, Harcerzy, Szarych Szeregów, Żołnierzy Wyklętych