Hebrew Date: 6/19/5784 > Strona główna Niezależna Częstochowska Gmina Wyznania Mojżeszowego - Gmina Reformowa
Gmina
Na Kowno PDF Drukuj Email
Ocena użytkowników: / 1
SłabyŚwietny 
Wpisany przez Jerzy Bander   
Środa, 04 Listopad 2009 07:47

Bogusławowi K.

Otworzył jedno oko, potem drugie, piekło niemiłosiernie, nie dało się patrzeć. Promienie lipcowego, cudownego słońca wpadały przez wysokie, weneckie okno do hotelowego pokoju.

Pech - pomyślał, dlaczego dostał mi się pokój od wschodu, trzeba zadzwonić na recepcję, coś zrobić; niech zamienią. K... a jeżeli to nie jest w ogóle mój pokój, przecież wczoraj przyjechałem późno z planu, z Łodzi, nie byłem w żadnym pokoju, od razu mnie „wciągnęło” do baru. A moje rzeczy? Pewnie zostały w barze. Nie mogę dzwonić na recepcję, bo to chyba nie mój pokój, nie daliby mi takiego małego pokoju, a poza tym nie wiem, gdzie tu jest telefon – sytuacja bez wyjścia.

Zorientował się, że leży w ubraniu w poprzek dużego małżeńskiego łoża. W pozycji, w której się znajdował widział tylko swoje stopy obute w modne mokasyny na tle jasnej narzuty łóżka, dalej była tylko jasna plama słonecznego światła. No tak, okulary też gdzieś posiałem, a to pech. Potworny ból rozsadzał mu czaszkę – o poruszeniu głową, która leżała bezwładnie, trochę niżej, niż reszta ciała, nie mógł nawet marzyć. Chciało mu się zapłakać nad własnym losem. Usiłował sobie przypomnieć, jak się tu znalazł – bez powodzenia. Ostatnim obrazem, jaki pamiętał z ostatniej nocy, była tęga barmanka śmiejąca się z wielkiego aktora zza baru i on, biedaczek klęczący przed nią z rękoma złożonymi, jak do modlitwy i proszący: „Pani Krysiu, proszę jeszcze nie zamykać, tylko dwie małe setuchny, błagam”. Pewnie mi dała tej wódy, bo dalej już nic – czarna dziura.

Co się mogło wydarzyć – myślał intensywnie, chyba mnie chłopaki tu przynieśli, przecież to wysoko, nie doszedłbym.

Na myśl o wysokości zrobiło mu się niedobrze. Był pewien, że nawet jak uda mu się wstać to i tak nie zdąży do łazienki. A zresztą, pies to j... Pewnie jest późno, może to już południe, która godzina? Popatrzył na przegub ręki – zegarka ani śladu. No tak – jak zwykle, pomyślał, musiało mi zabraknąć przy rachunku i wtedy Władzio, kelner, jego kelner, uczciwy gość, ale dziwak, odstawił swój stały numer: „Panie Bobku, nie ma żadnej sprawy, dasz pan „sikora” i z głowy. Pan wie, że ja tylko tak, dla tradycji, przecież wiem, że pan zapłaci, a ja, chociaż sobie trochę ponoszę tę pana Delbanę, piękną rzecz, złoty”. No tak, w porządku, ale przez te wygłupy Władka nie wiem k..., która godzina, a przydałoby się wiedzieć dokładnie. Ja także wiedziałem, dlaczego wielki aktor musi znać czas. Czekał na „klina”, a każda minuta oczekiwania czyniła jego mękę trudniejsza do zniesienia. Gdyby za cierpienia związane z nadużyciem alkoholu można było zostać świętym, to nasz bohater już od co najmniej kilkunastu lat prezentowałby swój nie całkiem aryjski profil na ołtarzach kościołów wszystkich wyznań. No cóż, ciężkie czasy, jak powiedział sowiecki żołdak, zdejmując zegar ze ściany. Na razie jest około południa i ktoś ma czelność dobijać się do drzwi hotelowego pokoju, w którym złożono w nocy ciało wielkiego aktora. To właśnie ja pukam bardzo, ale to bardzo delikatnie. Ciszej! – krzyczy Bobek swoim słynnym falsetem – tym samym, którym rzucał okrzyk „NA KOWNO”, grając bohatera naszych czasów w „Zezowatym szczęściu”.

 

Na hasło „Ciszej” włażę bez wahania do pokoju wielkiego aktora. A, to ty – otworzył jedno oko. Dobrze, że mnie rozpoznał, ostatnio tylko mnie wolno go budzić „skoro świt” w południe. Obsługa hotelu skarżyła się kilkakrotnie „towarzyszowi dyrektorowi”, że wielki aktor rzucał w ich kierunku, czym popadnie, gdy próbowali wejść do pokoju i sprawdzić, czy jeszcze żyje. Patrzę na wyro i widzę to co zwykle; Bobek „wczorajszy” umiera na kaca – ostatni akt antycznej tragedii – koń by się uśmiał.

Wielki aktor próbuje się tłumaczyć – no popatrz, popatrz, wcześnie się ubrałem, a potem tak mi się jakoś zrobiło słabo, chyba zasnąłem – łże jak pies. Patrzę na wymiętą, kochaną mordkę, biedactwo mruga oczkami, dobra, macham ręką, przecież wiem, że buja.

Która godzina? - pyta. Wcześnie – odpowiadam – będzie jedenasta. Na jego twarzy widać rozczarowanie – chyba go za wcześnie obudziłem i on o tym wie. Bar na dole otwierają dopiero za godzinę. „Bar otwarty od 12 – tej do 24 – tej”, jak dumnie głosi napis na drzwiach. „Gówno prawda” – nieraz „walczyliśmy” tam do białego rana, jak przybyli „nadziani” goście i nikt nie robił problemu. Ale teraz jest dopiero jedenasta w południe i trzeba Bobka czymś zająć, wywabić z wyra, wypłoszyć, jak lisa z jamy, bo inaczej będzie tak gnił aż do wieczora. Nie spodziewałem się, że tu będzie. Rano, idąc na plażę, dowiedziałem się, że wielki aktor najechał nasza okolicę. Podobno uciekł z planu, zbeształ reżysera, że ma dość, że musi mieć kilka dni urlopu, reżyser mu nadał, afera na całą Łódź i okolicę.

 

Żal mi człowieka – buźka blada, oczy podkrążone, tyra jak wół. A my, „wolne ptaki”, opaleni, wyżarci, pasożyty społeczne, psiakrew. Chodź, mówię, chłopaki są na plaży, weź tylko kąpielówki, coś się załatwi –pocieszam.

Bobek zwleka się z łoża, dalej nie wiemy, czyj to właściwie pokój, dobrze, że portier pamiętał, gdzie go wczoraj nieśli, bo hotel wielki jak „Titanik”, długo bym szukał.

Bobek trzyma się kurczowo poręczy łóżka, jest pewien, że jak się puści, to już po nim. Ale nie, powoli wraca zmysł równowagi, jeden krok, drugi, trzeci – udało się, idziemy do windy, dobra jest.

W windzie mój „pacjent” robi się nagle zielony jak żaba, żołądek podchodzi mu do gardła. Odsuwam się profilaktycznie. „To nic, przejdzie” – uspokaja. Mamy obaj szczęście – winda pozostanie nieskalana, nie będzie trzeba płacić obsłudze hotelu za dodatkowe sprzątanie.

Wychodzimy z „Grandu” na prominencką plażę – wtedy jeszcze ją sprzątano. Słońce wali w łeb jak cholera, idziemy w stronę morza płaskiego stół.

Są już wszyscy. Nie jest nas wielu – taki rocznik, wojenny. Zdejmuję ciuchy, na kolanie mam elastyczna opaskę, ale i tak boli – to pamiątka po tym, jak „po pijaku” zleciałem jeszcze zimą ze wszystkich schodów w knajpie na Gubałówce i nieźle się potłukłem, ale i tak nie narzekam- mogłem się zabić a żyję – szczęście pijaka, ot, co!

Bobek dalej stoi w swoim pomiętym, czarnym garniturku szytym u najlepszego krawca w mieście Łodzi, według najnowszej mody – „pod Bitlesów” – jak przekręca krawiec. Wygląda żałośnie. Rozbierz się, mówię, przecież nie będziesz tak stał do wieczora.

Wielki aktor rozbiera się powoli, nie może ustać, złapać równowagi. Siada na piasku – pomóżcie chłopaki – prosi żałośnie. Zdejmujemy mu spodnie razem z mokasynami i białymi skarpetkami. Pod spodem ma gatki typu „Dynamo” – ciemne. Ujdzie – myślę. Kąpielówek oczywiście zapomniał, ale przecież i tak nie pływa – wszyscy wiemy, że boi się wody – nie przeszkadza nam to.

Uff! Gorąco! Biegniemy do morza, pluskamy się, woda jak na Bałtyk jest bardzo ciepła, płyniemy na wyścigi do boi i dalej. Ratownik się wydziera: „Wracać k..., nie będę się za was tłumaczył”. Dobra, wracamy. Bobek siedzi na piasku – widać, że cierpi, głowa mu paruje. Zrobił się południe. Mruży oczy – jest krótkowidzem, ale nie nosi okularów – „kontaktów” jeszcze nie wynaleziono, a on jest próżny –wiadomo, aktor.

My wszyscy wiemy, o co „biega”. Pójdziesz? – pytam Staszka. Staszek jest najmłodszy, dlatego na niego „padło”. Musi narzucić na siebie łachy, wejść do hotelu i prosto do baru. Bar się otwiera na hasło: „Piwko dla pana Bobka – można już?” Barman jest przeszkolony – da Staszkowi dwie siaty z butelkami eksportowego „Żywca” trzymanego na zapleczu dla stałych klientów. W sklepie rzadko go „rzucają” – barman ma, bo musi – z tego żyje.

Czekamy na powrót Staszka. Idzie uginając się pod ciężarem butelek. Wielki aktor wypatruje powrotu posłańca. Warga mu wisi, jak stąd do Zakopanego. Z trudem przełyka ślinę – wiadomo, KAC GIGANT.

Już! Otwieram butelkę kantem dłoni o poręcz plażowego kosza, to dobry sposób, podaję wielkiemu aktorowi. Bobek pije łapczywie, oczy robią mu się coraz większe i większe, gałki mało nie wyskoczą na zewnątrz – odrywa pustą butelkę od ust. Jeszcze chwila, jeszcze trochę. Chłopaki – żyję – oznajmia z radością, jakby wrócił przed chwilą z Oświęcimia. Wszyscy się śmieją, klepią go po plecach. „Nasz” Bobek ożył – uratowany – będzie chwila spokoju – może nawet przyśnie na plaży, jak to ma w zwyczaju i nie będziemy musieli wysłuchiwać jego stałej „gadki” jak go to „d...y” wykorzystują –amant, psiakrew.

Wielki aktor kładzie się na ręczniku, przymyka oczy, dziękuję wam chłopaki – mamrocze, chyba się zdrzemnie – fajnie.

Sączymy powoli piwko zadowoleni, że uratowaliśmy „człowieka”. Nie jest źle; jest piwo, słońce, są opalone i „napalone” dziewczyny. Już nadchodzą od strony mola – młodsze, starsze, normalne, wariatki, blondyny, brunety – stado „dup”. Pytają o Bobka. Z dumą pokazujemy palcem na kosz, w którego cieniu drzemie Wielki Aktor. Teraz śpi, ale wieczorem – ho, ho – „da” popalić”. Łapska nam same wędrują do biustów i tyłków stadka płci „przeciwnej”. Musimy przebrać wstępnie „towar” – czy się nada na „imprezkę”. Ostatnie słowo ma jak zwykle najstarszy – Robert – skończony alkoholik i dziwkarz – trzydziestka „na karku” – na całą „stolycę” ekspert. „Dobre mięcho” -mruczy pod nosem – znaczy jest O.K. – można zaprosić na kocyk. Nawiedzone, chude szczapy, intelektualistki w okularach nie mają szans – szkoda na nie czasu. Robert już nas szkoli; baba musi mieć tu – otwartą dłonią waży jakby kawał „szpondra” – podcipie – wiecie, o czym mówię. Wiemy - nikt nie ma ochoty nabawić się siniaków leżąc na chudym łonie jakiegoś babskiego szkieletu. Te już „przebrane” ciekawie się przysłuchują „szkoleniu”. „Świnie” – stwierdzają bez emocji, jakby od niechcenia – Może i świnie, ale z rodowodem – odpowiada Robert – potomek – wyrodek zacnej warszawskiej „familii”. Dziewczyny maja długie nogi, chodzą w modnym bikini, „fujary” nam grają że hej. Byle tak dalej. Wieczorem pójdziemy kupą do „Non stopu”, tu zaraz obok. Będą grali „Niebiesko-czarni” – potańczymy. Jak nam się znudzi obskurna, tandetna buda, pojedziemy kolejką podmiejską do „Żaka”, do Gdańska, a tam „śmietanka” – znane nazwiska i dupy, dupcie, dupeńki – brać, wybierać.

Jesteśmy w Sopot – po niemiecku „Zopott” – cudowny, przedwojenny kurort. Teraz róża na kupie gnoju. Jest rok 1962. W kraju jak zwykle zamieszanie. Towarzysz Gomułka w „telewizorze” podnosi wydajność z hektara – i przenosi na drugi. Nawet się nie domyśla, stary dureń, jakiej uciechy dostarcza umęczonym brakiem wszystkiego rodakom, wygłaszając te swoje przemówienia.

My niczego nie podnosimy, chyba, że czasami Bobka jak padnie „na pysk” po pijaku. Tu jest azyl dla takich jak my; dwudziesto- i dwudziestoparolatków urodzonych w latach wojny. „Złota młodzież” –„grzmi” motłoch na partyjnych zebraniach, – jaka ona tam złota, niedobitki z okupacji, cudem uratowani – polskie i żydowskie dzieci. W naszych papierach pisze jak wół; pochodzenie; inteligencja pracująca – przesrane na całego. Za sześć lat będzie marzec 1968, połowa chłopaków i dziewczyn rozleci się po świecie. Chwilę po tym zabraknie i Bobka – szkoda. Co robić najgorsze przed nami. Do przystanku „Wolność” jeszcze długie trzydzieści lat, zdążymy się zestarzeć.

Pech k..., taki rocznik, 1942.

 
Rakowice PDF Drukuj Email
Ocena użytkowników: / 2
SłabyŚwietny 
Wpisany przez Jerzy Bander   
Środa, 04 Listopad 2009 07:36

No i wróciłem ciociu Janko, jestem tu cały, zdrowy, może tylko trochę poobijany przez życie, ale to normalne w moim wieku. Ty masz tu już spokój, a ja wciąż walczę ze wszystkimi i o wszystko, głupi byłem i pewnie takim zostanę. Pewnie jesteś ciekawa jak tam jest w tym Izraelu, o którym marzyłaś ty i twoja rodzina przed wojną. Zdziwiłabyś się gdybyś mogła tam być teraz, nie wchodząc w szczegóły powiem krótko; nie o takiej ojczyżnie marzyli tamci Żydzi. Kiedy wróciłaś z wujkiem z Sowietów w 1946 roku i przekonałaś się, że z całej twojej rodziny w Tarnowie nikt nie przeżył chciałaś natychmiast wyjechać, byle dalej od Polski. Ja cię rozumiem, nie da się długo żyć na cmentarzu , takim strasznym po którym tylko hula wiatr, a grobów bliskich szukać daremno. Ale nie wyjechałaś; twój mąż Wituś jak go zawsze nazywałaś, jedyna miłość twojego życia, brat mojego taty nie chciał wyjeżdżać bo jeszcze przed wojną sympatyzował z komunistami i uwierzył, że teraz, po wojnie wszyscy będą równi: Polacy, Żydzi, biali, czarni, żółci i czerwoni. Wkrótce się okazało, że ci czerwoni są jakby równiejsi i tak to się ciągnie za Polską po dzień dzisiejszy.

Ale wracajmy do roku 1946. Co robiła większość cudem ocalonych Żydów ? Ano rejestrowała się w CKŻP czyli placówkach terenowych Centralnego Komitetu Żydów Polskich bo miała głupią nadzieję, że jeszcze ktoś z rodziny przeżył. Niektórym tak siadło na mózg, że jeszcze do dziś szukają licząc ma cud. A cuda i owszem, nie powiem że ich nie ma bo mnie taki cud zdarzył się ponad pół wieku od zakończenia wojny. Teraz ten cud, kuzynka mojego taty, którą moi znajomi znaleźli przez Internet, mieszkająca od lat pięćdziesiątych w Erec Israel jest niedaleko, trzy ulice ode mnie i regularnie ogrywa mnie w Remi-Brydża. Jaki stąd wniosek? Ano taki, że z cudami lepiej uważać bo potrafią nieżle nam w życiu namieszać. Cieszę się, że mam tą Helę, ona mi dała przechowane przez wojnę zdjęcia mojej zamordowanej matki i innych członków rodziny, opowiedziała też co się ze mną działo. Chciałbym bardzo by ona i jej mąż Emil żyli do 120 lat, bo na zainteresowanie młodszego pokolenia tej rodziny, wychowanego już tu, w Izraelu nie mogę liczyć, a są to przecież jedyni kuzyni jakich mam. Ale tak ich szkoła wychowała, wmówiła im, że świat powstał 60 lat temu, przed datą proklamowania państwa Izrael nie było nic; czarna dziura.

No, czas wracać na porządny, katolicki cmentarz Rakowice i zająć się ciotką Janką, która tak bardzo kochała swojego Witusia, że wyszła za niego za mąż. Dziwny to był związek; ona córka Artur Margulies-szanowanego w Tarnowie asesora sądowego, właściciela pięknej kamienicy z oficyną na rogu ulic Asnyka i Legionów oraz działek budowlanych na obrzeżach miasta. Jej narzeczony, brat mojego ojca czyli mój stryj nie miał niczego oprócz dyplomu magisterskiego i niewielkiej pensji początkującego nauczyciela. A czterdzieści lat wcześniej, na przełomie wieków też była podobna afera w naszej rodzinie. Moja babcia, matka ojca zakochała się w jakimś żydowskim przybłędzie z małego miasteczka Brody, nazywał się Chaim Bander i uparła się wyjść z niego za mąż. Źle się to dla babci skończyło bo dziadek wkrótce umarł, zostawiwszy ją bez żadnych środków z dwoma synami, a babcia szyła od świtu do nocy męskie koszule w Samborze. W jej wcale niebiednej rodzinie Robinsohn dzieci, co nie słuchały rodziców, nie były wpuszczane za próg, takie to były czasy. Mówią, że ja urodę, a raczej jej brak, a także totalny brak zdrowego rozsądku wziąłem właśnie po tej babci Salci-Salomei. Co robić, w każdym narodzie nawet tym, o którym wrogowie rozpowiadają, że taki sprytny, zdarzają się ofermy, głupcy, wariaci- meszuge i Żydzi nie są tu żadnym wyjątkiem. Ty ciociu Janko też byłaś oryginał; mówią, że jako pierwsza kobieta zrobiłaś doktorat z historii na Jagiellonce w Krakowie. Znałaś pięć języków, które do dziś są dla mnie obce bo zachodnie, a mnie w szkole akurat uczyli wschodniego czyli rosyjskiego. Byłaś przez wiele lat lektorem tych języków na Politechnice Krakowskiej, lubili cię, szanowali, nad twoją trumną nikt nie mówił o tobie inaczej jak nasza kochana Janeczka.

Mówią, że życie to sen wariata; ten twój Wituś , przybłęda z Sambora uratował cię przed Zagładą, to przez niego uciekliście w 1939 z Tarnowa do Sambora, gdzie byli już bolszewicy. Dla nich każdy Żyd był swój, po wojnie tak kochali swoich Żydów, że nie mogli bez nich żyć, do 1990 żadnego nie wypuścili. A wy zachowaliście się z Witusiem jak niewdzięczne chamy; nie chcieliście przyjąć ruskich paszportów. No to wywieżli was w kibit-matier, na daleką Syberię. Nikomu tam lekko nie było; ty chodziłaś 16 kilometrów sama przez zasypaną śniegiem tajgę by kupić od tubylców coś nadającego się do jedzenia. Wujek został rachmistrzem-tak jak mój ojciec był absolwentem Wydziału Matematyczno-Filozoficznego, słynnej na cały świat lwowskiej szkoły matematycznej. Prawdę mówiąc to dopiero tu, na Syberii on, Żyd nie miał problemu ze znalezieniem posady. Jak już Majski z Sikorskim podpisali słynny pakt i Sowieci zaczęli lepiej traktować Polaków, tych, którym udało się przeżyć dwie syberyjskie zimy. Wtedy przerzucono was do Kazachstanu, gdzie uczyliście w polskiej szkole.

Ja jednak chyba miałem lepiej niż ty ciociu; pierwszy rok mojego życia umierałem z głodu i chorób w getcie w Samborze-nie wiem i pewnie nigdy się nie dowiem kto się tam mną opiekował bo mamy już nie miałem, wywieżli ją do obozu Janowska we Lwowie i tam zamordowano, miała wtedy 30 lat. Ojca też nie było, wędrował między Lwowem i Samborem ukrywając się. Babcia Salomea zaraz przy pierwszej akcji zażyła truciznę, znaleźli ją na ławce w parku i zamiast wycieczki do Bełżca w jedną stronę miała porządny żydowski pogrzeb. Jak likwidowali getto znajoma ojca, Polka Maria Wachułka uprosiła Siostry Zakonu Rodziny Maryi prowadzące sierociniec w Samborze by mnie tam ukryły. W ten sposób przeżyłem kolejny rok i przyszedł sierpień 1944 a z nim Sowieci. Gdy ojciec i Maria odbierali mnie z sierocińca byłem taki zdrowy, że lekarze mówili, że pożyję góra pół roku, a może i mniej. Ale ten tam na górze miał inne plany i jakoś nic nie wyszło z tych prognoz.

Pewnie tam, gdzie teraz jesteś jest ci bardzo dobrze ciociu. Nareszcie masz ich wszystkich blisko; mamę, tatę i ukochaną młodsza siostrę Marylę z jej niebieskimi oczami i długimi kasztanowymi warkoczami- wyglądała jak panna szlachcianka z obrazów Grottgera. Zabiła się skacząc z okna czteropiętrowej kamienicy kiedy po powrocie z miasta sąsiedzi powiedzieli jej, że mąż i dziecko już pewnie są w drodze do Bełżca. Po wojnie ty ciociu zaniosłaś zdjęcie legitymacyjne Maryli, jedyne jakie miałaś do krakowskiego malarza by namalował duży portret olejny. Teraz ten portret wisi u mnie na ścianie i wszyscy mnie pytają kto to jest. Skąd mogę wiedzieć, odpowiadam, kupiłem, powiesiłem i tak sobie wisi. Są tacy co nie wierzą, pies z nimi tańcował.

Byłaś mądrą Żydówką ciociu. Dochowałaś tajemnicy do końca. Ale przysięga obowiązuje tylko do grobowej deski. Na twoim pogrzebie w pięknym jesiennym dniu 1987 roku podeszła do mnie starsza, elegancko ubrana, szczupła pani i dyskretnym ruchem podała mi kopertę prosząc, bym ją otworzył w domu, nikt niczego nie zauważył. Kiedy otwarłem wieczorem kopertę stwierdziłem, że w środku jest banknot 50 dolarowy i krótka wiadomość. Szło to mniej więcej tak: Proszę mnie koniecznie odwiedzić gdy będzie Pan w Warszawie, mam Panu coś ważnego do przekazania. Dalej był adres i numer telefonu oraz nazwisko Zuzanna Szydłowska, które od razu wydało mi się znajome. No to pojechałem do tej Warszawy, jaki problem. Jako kierownik pracowni automatyki dużego biura projektów inwestycyjnych ciągle miałem tam sprawy do załatwienia.

Zapowiedziałem się telefonicznie, kupiłem kwiaty, wsiadłem do taksówki, podałem złotówie adres; Narbutta 2 i po krótkiej jeździe byłem na miejscu. W niewielkim, bardzo gustownie urządzonym mieszkaniu czekało na mnie przeznaczenie pod postacią nieco zakłopotanej starszej Pani. Staliśmy w salonie, zaczęła opowiadać, widać było , że jak najszybciej chce to z siebie wyrzucić:

Pańska ciocia była moją znajomą jeszcze z Tarnowa, jeździła do mnie po śmierci Witka kilka razy w roku, zawsze na Jom Kipur chodziliśmy razem do Synagogi Nożyków na Twardą. Tego roku po Kol Nidrej nagle się żle poczuła, ale nie chciała iść do szpitala tylko uparła się żeby wracać do Krakowa, do Witusia. Tu należy wyjaśnić , że Wituś leżał już 11 lat na Rakowicach, zmarł nagle w 1976 roku, usiadł na kanapie, krzyknął, i było po wszystkim. Zawał był rozległy, nie miał szans przeżyć. Janeczka jeździła tramwajem nr 13 na jego grób codziennie przez te 11 lat. Pani Zuzanna opowiadała dalej; odwiozłam Janeczkę pociągiem do Krakowa, trzymała się ostatkiem sił. Kiedy weszłyśmy do jej mieszkania straciła przytomność, wezwałam pogotowie a dalej Pan już wie. To akurat wiedziałem, bratanek żony był lekarzem w Krakowie, kiedy się dowiedziałem gdzie jest ciotka załatwiłem konsylium, werdykt brzmiał krótko; to długo nie potrwa. Tym razem lekarze się nie pomylili tak jak ze mną, ciotka żyła jeszcze kilka dni. Ale tego co pani Zuzanna mówiła o synagodze, Jom Kipur, Kol Nidrej słuchałem jak bajki o żelaznym wilku, niczego nie zrozumiałem. Zapytałem więc nieśmiało o co tu biega. Ach tak, to dlatego właśnie prosiłam by pan przyjechał, a teraz nie bardzo wiem jak to panu powiedzieć: Ostatnim życzeniem Janeczki było żeby się pan do wiedział, że wy wszyscy jesteście Żydami; ciocia i jej mąż, a także pański ojciec i pan. By się pan dowiedział, że ta, która pana wychowała, nie jest pana matką tylko drugą żoną pana ojca, Ludwika. Ożenił się z nią już po powrocie do Polski, w Tarnowie, w grudniu 1945 roku. Pańska prawdziwa matka, pierwsza żona ojca, była Żydówką, została zamordowana niedługo po tym jak pana urodziła w więzieniu Gestapo w Samborze.

Usiadłem, zbierało mi się na płacz. Proszę się napić herbaty, mówiła gospodyni, ja bardzo pana przepraszam, ale ja musiałam to panu powiedzieć bo takie było życzenie Janeczki. Ona bardzo cierpiała, nie mogła sama panu nic powiedzieć bo cała pana rodzina przysięgała, że pan się nie dowie prawdy. Tak to wymyśliła druga żona ojca, ona i jej rodzice, którzy pana bardzo kochali, jedyni dziadkowie jakich pan miał, oni wszyscy chcieli by miał pan szczęśliwe dzieciństwo. Bo pan cudem przeżył. Oni tylko chcieli by pan nie cierpiał jak my wszyscy, którzy codziennie myślimy o naszych zmarłych, prawie nikt nie ocalał, musieli zginąć bo byli Żydami.

Widziałem jak do mnie mówi, ale niczego już nie słyszałem, to było jak niemy film. Dobry Pan, Ha-Szem odebrał mi słuch bym nie zwariował. Zacząłem rozglądać się po mieszkaniu jakbym go miał za chwilę kupić. Ze ściany patrzył na mnie portret łysego mężczyzny. Ja tę twarz widziałem w telewizji -,bąknąłem ni w pięć ni w dziewięć. A tak to mój zmarły mąż, teatrolog, Roman Szydłowski. Oczywiście, teraz już poznaję, przez wiele lat wspaniale zapowiadał kolejne spektakle poniedziałkowego teatru telewizji, czy on też był Żydem? Tak, podobnie jak ja chociaż miałam za ojca Polaka, jestem z domu Jastrzębska, ale moją matką była Żydówka. A Roman nazwisko Szydłowski przybrał w czasie okupacji, naprawdę nazywał się Szancer, to była bogata rodzina, właściciele tzw. Młynów Szancera w Tarnowie. Jego stryj, Jan Marcin Szancer był rysownikiem, autorem rysunków do bajek Tuwima, do elementarza Falskiego.

No ładnie, pomyślałem, sami Żydzi. Czy to nie paranoja, że to z ich elementarza uczyły się czytania kolejne pokolenia Polaków?. Wtedy, w 1987 nie było jeszcze w Polsce mody na żydostwo, to przyszło dopiero na początku lat 90-tych.

A ja do dziś jestem polskim patriotą, nawet tam, w Izraelu, gdzie teraz mieszkam. Zbieram za ten mój patriotyzm same joby od polskich Żydów. Dla nich Polska to jeden wielki żydowski cmentarz, a dla mnie kraina beztroskiego dzieciństwa, gdzie hasałem jak boża krówka po polach i łąkach na których rosły polskie kwiaty, niczego nie podejrzewając. Żyłem tak sobie cicho i spokojnie 45 lat zanim ty ciotka wszystkiego nie popsułaś. Widzisz jak ja teraz wyglądam? Jak stare wstrętne Żydzisko. Polacy mają mnie za Żyda, a Żydzi za Goja. Odbiło mi totalnie, zacząłem pisać, najpierw wiersze, potem opowiadania, eseje. Nikt tego nie chce wydawać bo podobno za ostre. A przecież byłem grzecznym, dobrze wychowanym dzieckiem, z dobrego domu, z fortepianem. Tfu, co ja mówię, z fortepianem i pianinem, z nauczycielkami; do muzyki, do francuskiego i do tańców towarzyskich. I z boną ,Niemrą, co mówiła do mnie paniczu. I nic poza tym, bo znała po polsku tylko kilka słów, a po niemiecku miała zabronione mówić . Szkoda, bo dziś z pewnością mówiłbym biegle tym językiem. I na co się to wszystko zdało, ta cała Francja, elegancja? Na nic. Teraz piję, palę i czasem robię z siebie idiotę podrywając coraz młodsze panienki. Stoczyłem się aż miło. Ale do synagogi w Jom Kipur chodzę regularnie co roku tak jak ty ciotka. I nie po to by się modlić, albo błagać o przebaczenie- tego On ode mnie nigdy nie usłyszy. Chodzę by zapytać Go, jak długo jeszcze każe mi się wygłupiać na tym świecie, czy Mu się te moje wygłupy nie znudziły. Ale On nie odpowiada. Pewnie uznał, że tacy jak ja meszuge są potrzebni by dawać odrażający przykład, by reszta ludzi była normalna. No to sobie żyję i wariuję ile się da, to tu, to tam.

Ty sobie tu ciotka leż spokojnie obok swojego Witusia na tym gojskim cmentarzu. Za rok opłacę to miejsce na następne dwadzieścia lat, albo przeniosę was oboje na żydowski cmentarz przy Miodowej bo tam już na pewno nikt was nie ruszy aż do Sądnego Dnia. Ja już teraz mam taki Sądny Dzień, mniej więcej co drugi, kiedy żona na mnie wrzeszczy, że nie pozmywałem naczyń, albo, że wszędzie porozrzucałem moje rękopisy. Ty ciociu byłaś inna, lubiłaś śpiewać w oryginale songi Brechta, które wujek przezywał Brechtami, czytałaś książki, chodziłaś z wujkiem na długie spacery na Kopiec. Mało ze sobą przebywaliśmy w Krakowie, moi rodzice robili wszystko bym jak najrzadziej do was jeździł. Za dwa, może trzy lata, jak dożyję, wrócę już na dobre do Polski bo w tym Izraelu jakoś obco się czuję. Wtedy będziemy się częściej widywać. Teraz już muszę iść, jeszcze tylko zapalę dwa znicze i położę dwa kamienie na waszym grobie by ci co się na tym znają nie mieli wątpliwości, że tu leżą Żydzi . Potem nałożę moją kipę, odmówię Jizkor i już mnie tu nie ma. Do zobaczenia za rok jak B-g da, idę.

Kraków, 2006

Ostatnio zmieniany w Środa, 04 Listopad 2009 07:38
 
Jerzy Bander - życiorys PDF Drukuj Email
Ocena użytkowników: / 3
SłabyŚwietny 
Wpisany przez Jerzy Bander   
Środa, 04 Listopad 2009 07:32
Ocalony z Holocaustu- surviver, syn Ludwika Bander z Brodów i Rozalii z domu Thun, ślub rabinacki rodziców we Lwowie w 1936r. Urodzony w sierpniu 1942r. w więzieniu Gestapo w Samborze k. Lwowa w czasie pierwszej dużej akcji ,w której wywieziono do Bełżca i zamordowano ok. 4 tys. Żydów. Z najbliższej rodziny przeżył tylko ojciec, ukrywając się na terenie Sambora i Lwowa, gdzie złapany uciekł z ciężarówki wiozącej go wraz z innymi Żydami na rozstrzelanie. Jerzy wyniesiony z więzienia przebywał w getcie w Samborze do czerwca 1943, a potem znajoma ojca, Polka Maria Wachułka ukryła go w sierocińcu. W warunkach niedożywienia, często chorując przeżył do sierpnia 1944 i w kwietniu 1945r. wraz z ojcem był repatriowany do Polski. W 1965r. ukończył studia wyższe na Wydziale Elektrycznym i Automatyki Politechniki Śląskiej w Gliwicach. Do 1999r. pracował w katowickim biurze projektów Hutmaszprojekt-Hapeko jako kierownik pracowni, a następnie główny specjalista. Był członkiem zdelegalizowanej w stanie wojennym Solidarności. Od 1989r. działał w organizacjach żydowskich; Stowarzyszeniu Dzieci Holocaustu i Stowarzyszeniu Żydów Kombatantów. Członek Gminy Wyznaniowej Żydowskiej w Warszawie. W 2003 r. ukończył studium podyplomowe Nazizm-Totalitaryzm-Holocaust organizowane przez Akademię Pedagogiczną w Krakowie na terenie byłego obozu zagłady Auschwitz-Birkenau. Od grudnia 2005 r. do czerwca 2009 przebywał na emigracji w Izraelu. Autor wierszy i opowiadań o tematyce żydowskiej.
 
Pocztówka 4 - Bożnica PDF Drukuj Email
Ocena użytkowników: / 6
SłabyŚwietny 
Wpisany przez Bakalarus   
Środa, 04 Listopad 2009 06:50
Przedbórz przed wojną i ten obecny, a nawet powojenny -  to jak dwa różne miasta. Ludzi o połowę mniej, nie ta zabudowa i tylko nieliczne ślady.

 

Ostatnio zmieniany w Środa, 04 Listopad 2009 06:55
Więcej…
 
Pocztówka 3 - W Muzeum PDF Drukuj Email
Ocena użytkowników: / 6
SłabyŚwietny 
Wpisany przez Bakalarus   
Wtorek, 01 Wrzesień 2009 07:12

W budynku na rogu ulicy Wodnej i Mostowej jest dziś filia Banku PKO, fryzjer, restauracja na piętrze, a na parterze biuro Domu Rzemiosła. Właśnie w tym pomieszczeniu był przed wojną sklep Żyda Tyberga. Nazywano ten sklep "kolonialnym". Starsi ludzie pamiętają skrzynki, które przed nim stały.

Ostatnio zmieniany w Piątek, 11 Wrzesień 2009 08:44
Więcej…
 
<< Początek < Poprzednia 1 2 3 Następna > Ostatnie >>

JPAGE_CURRENT_OF_TOTAL