Menu Zamknij

Podżegacz czy pokój czyniący?

NR 27/636 30 CZERWCA-6 LIPCA 2025 – TYGODNIK LISIECKIEGO DO RZECZY  

Zasadnym i pierwszorzędnym pytaniem pozostaje kwestia tego, czy administracja Donalda Trumpa, która najwyraźniej spróbowała siłowo ugasić tlący się na Bliskim Wschodzie pożar, przyczyniła się najpierw do jego wzniecenia

W chwili, kiedy piszę ten artykuł, nastąpił spektakularny, przynajmniej tymczasowy zwrot w wojnie żydowsko-perskiej w postaci ogłoszenia przez prezydenta Donalda Trumpa zawieszania broni, na które – również przynajmniej chwilowo – przystały Izrael i Iran. Wprawdzie w ostatnim czasie dyplomacja i oficjalne deklaracje amerykańskiego rządu posłużyły Izraelowi i USA za fortele taktyczne w starciu z Iranem, znacznie nadwyrężając tym samym ich wiarygodność, niemniej uroczysty ton tej deklaracji rodzi pewną nadzieję na bardziej trwałe zaprzestanie działań wojennych i rzeczywiste rozmowy pokojowe. Czy tak rzeczywiście będzie, czy rozejm ten przetrwa machinacje twardogłowych po obu stronach, w szczególności – ale nie tylko! – ze strony Izraela, który otwarcie dąży do zmiany władz w Teheranie? Innymi słowy: Czy Donald Trump, który osobiście zaangażował się w to zawieszenie, obroni swój autorytet, okaże się bardziej skuteczny niż w swych dotychczasowych działaniach rozjemczych na Ukrainie? Przekonamy się o tym stosunkowo szybko.
Jakie miałyby być główne założenia tego hipotetycznego pokoju oraz czy miałby to być pokój sprawiedliwie uwzględniający całą złożoność sytuacji na Bliskim Wschodzie, w tym kwestię palestyńską? Oto pytanie otwarte, rodzące sceptycyzm, skierowane przede wszystkim do ekspertów, poddanych zresztą w ostatnich dniach bardzo mocnej próbie. Albowiem nawet z autentycznymi ekspertami, których wiedza jest bez wątpienia pożądana i przydatna, zachodzi problem chronicznego braku należytego dystansu do zajęcia przez nich klarownego i statecznego stanowiska. Wiąże się to w dużej mierze zarówno z naszą epoką powszechnej, bezpośredniej komunikacji cyfrowej, jak i z naszymi własnymi, aczkolwiek często zgubnymi dla prawdy oczekiwaniami natychmiastowych komentarzy umożliwiających nam rozeznanie się w rzeczywistości w chwili, gdy pozostaje ona nadal dynamiczna i wciąż głęboko spowita mgłą wojny – i tej fizycznej, i tej o charakterze dezinformacyj nym. 

ZASADNICZE PYTANIA
W chwili zatem, kiedy ucichły, przynajmniej na moment, huki wybuchów i jęki ofiar (choć niestety nie w Gazie], a dyplomacja zdaje się tymczasowo brać górę nad osłabionymi środkami militarnymi, należy postawić istotne pytania, na które nie ma obecnie jednoznacznych odpowiedzi (choć zachodzą pewne istotne poszlaki], ale których prędzej czy później trzeba będzie udzielić celem rozeznania, czy sytuacja cały czas pozostawała „pod kontrolą” USA (i innych mocarstw?] tudzież czy igrano z widmem światowego konfliktu, a przynajmniej z konfliktem mocarstw za pośrednictwem ich regionalnych partnerów.
Te pytania brzmią: Czy to Izrael wciągnął mimowolnie USA do wojny z Iranem, stawiając je przed faktem dokonanym, czy też dokonał swej akcji za przyzwoleniem Waszyngtonu i w porozumieniu z nim? Czy USA wybrnęły – chwilowo – z tego konfliktu, w którym obok Iranu ucierpiał ewidentnie sam Izrael, dokonując po części teatralnego, acz spektakularnego ataku na ośrodki jądrowe Iranu – a zatem w pewnym porozumieniu z Iranem – czy też być może tym decydującym ruchem ryzykowano eskalację o nieprzewidywalnych, mogących się wyrwać spod kontroli skutkach?
Jakkolwiek bowiem by patrzeć na racje po obu stronach tej 12-dniowej wojny, zauważmy, na – podstawie analogicznego przykładu wojny rosyj-sko-ukraińskiej – że gdy w grę wchodzą, w sposób zespolony, interesy bloków geopolitycznych, interesy finansowe i żarliwe ideologie, wojna zachowuje się jak nieokiełznany żywioł natury czy złośliwy dżin wypuszczony z butelki: o wiele łatwiej ją wywołać, niż zakończyć, łatwiej eskalować, niż wyciszyć. Stąd zasadnym i pierwszorzędnym pytaniem pozostaje kwestia tego, czy administracja Donalda Trumpa, która najwyraźniej spróbowała siłowo ugasić tlący się na Bliskim Wschodzie pożar, przyczyniła się najpierw do jego wzniecenia.

IZRAELSKIE WPŁYWY W POLITYCE USA
Z kluczowych dostępnych tu elementów odpowiedzi, która – jak wspomniałem – w tej chwili nie będzie jednoznaczna, choć może być roztropnie orientacyjna, należy przytoczyć istotne przyczyny dalsze, które w ostatnim czasie osiągnęły swe rzeczywiste skutki. Otóż w swych wywiadach prof. Jeffrey Sachs regularnie przytacza wypowiedź amerykańskiego gen. Wesleya Clarka z 2007 r., byłego dowódcy NATO. Wyznał on, że w dniach bezpośrednio po zamachach z 11 września 2001 r. dowiedział się w Pentagonie, iż zapadła wówczas decyzja siłowego usunięcia władz siedmiu państw na szeroko pojmowanym Bliskim Wschodzie, tj. władz Iraku, Syrii, Libanu, Libii, Somalii, Sudanu… a na końcu tej listy znajdował się Iran. W rzeczy samej, sześć z tych krajów w tym czasie nie oszczędziły wojny różnego formatu i choć sam Clark nie wiązał tych planowanych operacji z działaniami na rzecz Izraela, to prof. Sachs robi to bez trudu, zważywszy na to, że dowództwo Pentagonu pozostawało wówczas w rękach zadeklarowanych neokonserwatystów, z ich nadrzędnym celem zbrojnego eliminowania wrogów Izraela. Nie jest też tajemnicą – są to oficjalne dane, potwierdzone stosownymi wypowiedziami izraelskich polityków – do jakiego stopnia amerykańskie elity polityczne są podporządkowane interesom izraelskiej polityki, poniekąd bezwarunkowo, za przyczyną niezwykle prozaicznego narzędzia w postaci funduszy wyborczych umożliwiających skuteczną karierę polityczną w USA.
Mowa tu m.in. o osławionym AIPAC -Amerykańskim Komitecie Spraw Publicznych Izraela – który np. w ostatnich wyborach kwotą ponad 50 min doi. wsparł 361 proizraelskich kandydatów na 468 wybieranych ówcześnie miejsc do obu izb Kongresu (czyli w przeszło 80 proc, okręgów!), zarówno republikanów, jak i demokratów. Drugie tyle wyłożył na dodatkowe działania promocyjne w tym cyklu wyborczym. Notabene w ścisłej czołówce senatorów beneficjentów funduszy proizraelskich w ogóle za okres 1990-2024 figurują: Joe Biden (ponad 4,2 min!), Hillary Clinton oraz Kamala Harris (ponad 2,3 min każda). W tegoż Joe Bidena jako kandydata na prezydenta proizraelskie lobby zainwestowało również przeszło 4 min doi., natomiast w przypadku Donalda Trumpa szacunek ten jest już wręcz astronomiczny: w wyborach w 2024 r. sama Miriam Adelson, wdowa po miliarderze Sheldonie Adel-sonie, kasynowym magnacie z Las Vegas, wsparła go kwotą 100 min doi., podczas gdy jej mąż wydał na niego drugie tyle w poprzednich cyklach wyborczych. B Nie są to, ma się rozumieć, darowizny robione in blanco – w przypadku wsparcia Adelsonów Tramp zobowiązał się w przeszłości do przeniesienia ambasady USA z Tel Awiwu do Jerozolimy, z czego – jak wiadomo – się wywiązał. Z kolei jego obecna administracja cieszy się bez wątpienia bardzo wysokim stopniem kadr zorientowanych na Izrael, co siłą rzeczy przekłada się na politykę Białego Domu i w niej uwydatnia.
Podobny skuteczny lobbing sprawia zatem, że premier Beniamin Netanjahu (tak jak jego poprzednicy] nawet przy silniejszym międzynarodowym sprzeciwie może być w znacznej mierze pewny poparcia Ameryki dla ogólnych ram swej polityki zagranicznej, w tym dla rozwiązań siłowych, a nawet, najwyraźniej, dla co wybredniejszych jej szczegółów, i to mimo możliwych waśni na linii Waszyngton – Tel Awiw, które jeśli już docierają . do publicznej wiadomości, to w formie przecieków medialnych, a nie publicznych wyrażeń dezaprobaty (stąd też ostatnie otwarte niecierpliwości Trumpa wobec Netanjahu łamiącego postanowienia zawieszenia broni, okraszone dosadnym przekleństwem na oczach kamer, stanowią swego rodzaju zaskakujące i znaczące novumj. Zbytecznie jest tu chyba dodawać, że przy takim mechanizmie ideowo–finansowym zwolennicy trampowskiej polityki „America First” (Po pierwsze Ameryka] muszą się liczyć z jej naturalnym w tym wypadku, acz niedopowiedzianym otwarcie korelatem: „but Israel Firstest” (lecz najpierwszy Izrael]…
Trump jednak nie tylko nie był neokon-serwatystą, lecz także otwarcie dotychczas krytykował zaangażowanie zbrojne USA ostatnich dekad w postaci niekończących się wojen i ewidentnie otoczył się w swej administracji ludźmi mającymi w tej kwestii być może jeszcze surowsze niż on zdanie, jak Robert Kennedy Jr. czy Tulsi Gabbard, obecnie dyrektor Wywiadu Narodowego USA (czyli w zasadzie łącznik informacyjny z prezydentem ze strony połączonych agencji wywiadu], do której za chwilę wrócimy. Przy czym, co trzeba zaznaczyć i zniuansować, Trump nie stronił również od punktowego militarnego interwencjonizmu, by przypomnieć eliminację gen. Ghasema Solejmaniego w Iraku w 2020 r., odpowiedzialnego za zagraniczne działania wojskowe Iranu czy zbombardowanie przez amerykańskie siły zbrojne Syrii w 2017 r. z powodu mniemanego użycia broni chemicznej przez syryjskie wojsko w Khan Shaykhun. Natomiast prawdą jest, w ramach potrzebnego niuansu i zrozumienia optyki samych Amerykanów, że z perspektywy notorycznego zbrojnego interwencjonizmu jego poprzedników doraźne akcje Trumpa były głośnymi, ale ograniczonymi i jednorazowymi ruchami – kiedy w 2018 r. miałem sposobność zapytać pracownika kontraktowego amerykańskiego wojska w domenie rakiet, dlaczego, mimo zerwania z polityką poprzedników, USA jednak zbombardowały Syrię, zapytał on lakonicznie, co właściwie rozumiem przez bombardowanie, bo USA w rzeczywistości Syrii nie zbombardowały…
To podejście Trumpa, przynajmniej co do deklarowanych intencji, odzwierciedlały niezwykle mocne słowa z niedawnego przemówienia inaugurującego jego drugą prezydencję: „Będziemy mierzyli nasze sukcesy nie tylko wygranymi bitwami, lecz także wojnami, które zakończymy – a także, co być może najważniejsze, wojnami, w które nigdy się nie zaangażujemy”. Był to czytelny sygnał nie tylko dla amerykańskich wyborców, ewidentnie znużonych trzema dekadami neokońskich wojen i interwencji, co potwierdzają sondaże i w dobie obecnej, lecz także dla jastrzębich ośrodków w USA i za granicą. Niemniej nie była to deklaracja abdykacji, ponieważ jednocześnie Trump kładł akcent na politykę „pokoju przez siłę” na arenie międzynarodowej, tj. wyciszania konfliktów za pomocą manifestowanej zdolności projekcji niezrównanej siły zbrojnej w skali globalnej. 

OSOBLIWY TEATR
Deklaracje deklaracjami, owszem, pięknymi i zbożnymi, ale na administracji Trumpa ciążyło, jak wskazywali zorientowani analitycy, stałe niebezpieczeństwo wciągnięcia do kilku konfliktów zbrojnych, z Bliskim Wschodem na czele. I wobec tych wszystkich niełatwych do pogodzenia czynników warto wrócić tu do zadanego wcześniej pytania, w trzech wariantach niewykluczających zresztą innych logicznych opcji: Czy Trump dał się zatem wciągnąć przez nieostrożność Izraelowi w wojnę perską czy przystąpił doń na własne życzenie, czy może włączył się weń jedynie symbolicznie, w ramach potężnej, acz bezkrwawej projekcji siły, pozwalającej zakończyć chybioną co do celu podmiany irańskiego reżimu operację Izraela, której rozwój w sposób oczywisty wyrwał się Beniaminowi Netanjahu spod kontroli?
Otóż Amerykanie z pewnością byli doinformowani o planowanej od dłuższego czasu żydowskiej operacji „Wschodzący Lew” i wiedzieli, że kwestia wzbogacanego przez Iran uranu, mogącego jak najbardziej posłużyć do konstrukcji broni jądrowej, jest wygodnym pretekstem do próby podmiany władz w Teheranie. Najwyraźniej dali na tę próbę przyzwolenie, wobec braku ęwoców dwumiesięcznych negocjacji z Persami, i wielce w ogóle możliwe, że te negocjacje opóźniły same działania Netanjahu, który po udanym gambicie neutralizacji proirańskich sił w Gazie, Libanie i w Syrii postanowił zagrać va banque celem eliminacji reżimu ajatollahów.
Innymi słowy, równie dobrze to Trump, wielce zadufany w swoich możliwościach negocjacyjnych, liczący też być może na dyplomatyczne wsparcie ze strony Kremla w zamian za poluzowanie przez USA kwestii ukraińskiej, mógł wcześniej prosić Netanjahu: daj nam najpierw spróbować z Iranem po dobroci, a dopiero jeśli się nam to nie uda, to zrobicie to po waszemu. Kiedy zaś odpalono to „po waszemu”, Tramp, wbrew wielkiej powściągliwości swych współpracowników odcinających się od udziału USA w tej operacji, a nawet wbrew wcześniejszemu ostrzeżeniu Tulsi Gabbard o siłach pchających do konfrontacji mogącej się skończyć wojną nuklearną, która to przestroga nabrała post factum właściwej interpretacji, tej operacji dekapitacyjnej najwyraźniej publicznie kibicował. To przejawiałoby jego wiarę w szanse sukcesu operacji, na przekór dość licznym zdaniom przeciwnym ekspertów, świadomych potencjału rakietowego Iranu i niewydajności Żelaznej Kopuły, która w tej konfrontacji bardzo szybko zaczęła przypominać dziurawe sito Bibiego (o horrendalnych kosztach jej funkcjonowania nie wspominając].
Jednocześnie z pewną dozą ostrożności można przypuszczać, że to Amerykanie zablokowali plan likwidacji Alego Chamenei, do którego nawoływała strona żydowska. Dochodzimy tu do fiaska celu samej operacji: wprawdzie Izrael bez wątpienia zdestabilizował chwilowo irański łańcuch dowodzenia i poczynił dotkliwe spustoszenia w zasobach militarnych Iranu, jednakże Persowie stosunkowo szybko ogarnęli się po pierwszym brutalnym zaskoczeniu i zaczęli bezpardonowo bombardować Izrael wedle gotowych schematów działania – głównie obiekty natury wojskowo-infrastrukturalnej, ale z druzgocącym skutkiem także dla obiektów cywilnych i wszelkimi uciążliwościami dla samej populacji. Stąd nawet przy silnym poparciu społecznym premier Izraela nie mógł ryzykować dalszej konfrontacji bez coraz większej ruiny kraju.
I tu dzieje się rzecz wielce osobliwa, choć jednocześnie w stylu Trumpa: działając wbrew prawu międzynarodowemu [obowiązującemu wprawdzie innych, ale już niekoniecznie Amerykę) lub ponad nim i naciągając tudzież rozciągając interpretację o niebo ważniejszego prawa amerykańskiej republiki, która wprawdzie wymaga zgody Kongresu na działania wojenne, ale umożliwia prezydentowi, jako naczelnemu dowódcy, podjęcie samodzielnych kroków w przypadku „bezpośredniego zagrożenia”, co w przypadku prawa USA stanowi pojęcie nieostre, mające już precedensowe elastyczne zastosowania za np. prezydentury Reagana czy Clintona, Trump w tych okolicznościach decyduje się na spektakularne, ale po części teatralne zbombardowanie ośrodków jądrowych Iranu, teoretycznie przystępując do wojny żydowsko-perskiej. Tymczasem niby jest to operacjahajściślej tajna, ale prestiżowy dziennikarz śledczy Seymour Hersh informuje, kiedy będzie mieć miejsce. Wprawdzie jankesi dokonują spektakularnej projekcji i demonstracji siły zarazem, ale bombardują w zasadzie opustoszałe instalacje, z niewiadomym do końca skutkiem, podczas gdy pół tony wzbogaconego w 60 proc, uranu zostało najspokojniej w świecie przetransportowane w inne, nieznane na razie miejsce.
Następnie następuje już czysto teatralny, ale symboliczny odwet Iranu – tak bardzo przestrzegającego wcześniej USA przed przystąpieniem do tej wojny – który to bombarduje amerykańską bazę w Katarze, tak że zestrzelono 13 wystrzelonych w nią rakiet z 14, a ostatniej pozwolono „honorowo” trafić w bazę, gdy stwierdzono, że jej uderzenie nie będzie nikomu zagrażać. Ten osobliwy modus operandi, w którym nie polała się krew irańska z rąk amerykańskich ani amerykańska z irańskich, wskazuje, że władze obu krajów nie miały ochoty na bezpośrednią konfrontację i utrzymywały, co potwierdzały raczej wiarygodne informacje, otwarte „tylne kanały” komunikacji. Być może nawet w ramach prowadzonych wcześniej rozmów ustalono z irańską frakcją gołębi, że jedynie podobna demonstracja siły skłoni irańskich twardogłowych do porozumienia z Amerykanami; w każdym razie na tym etapie Trump, wcześniej zwodniczy, pozwolił Persom wyjść z tego konfliktu z twarzą, a oni jemu także, co potwierdzają głosy krytyki i niezadowolenia ze strony frakcji wojny w USA i w Izraelu.

AMERYKANIE CHCE WOJNY
Próbując zatem racjonalizować wydarzenia ostatnich tygodni, wskazywałbym, że Trump mimo wszystko bardziej odegrał rolę hamulcowego wobec Izraela [a potem rolę jego ewidentnego ratowni ka po bardzo groźnej dlań konfrontacji) niż wojennego podżegacza, zaznaczając jednocześnie, że taka opinia ma swe słabe strony, których nie prezentuje opinia nieco idealizująca, wedle której Trump po prostu mógł i powinien był zakazać . Netanjahu jakiejkolwiek bezpośredniej napaści na Iran. Moja hipoteza nie rozwiewa przy tym wątpliwości, na ile Trump, który ostentacyjnie odcinał się od Tulsi Gabbard, mówiąc, że to ona się myli, że on się z nią nie zgadza [dziś równie dobrze można sądzić, że było to czysto taktyczne odcięcie się od jej tonującej retoryki w ramach prężenia muskułów wobec frakcji irańskich twardogłowych), bagatelizował zagrożenia tej strategii lub parastrategii [jeśli zaczęto improwizować po pierwszych irańskich ciosach w Izrael), choć wyjątkowo powściągliwa reakcja Persów wskazuje, że raczej nie zagrał on va banąue i tak naprawdę nie ryzykował swym posunięciem życia Amerykanów czy wciągnięcia samych USA do wojny. Post factum przyznał otwarcie, że wojny tej nie chce, podobnie jak sprzeciwia się na tym etapie próbom podmiany reżimu.
Zaznaczamy na koniec, że oczywiście nieznane nam są dziś wszystkie mogące nastąpić jeszcze skutki tej konfrontacji, aczkolwiek jest pewien dosadny powód do optymizmu. Były kongresman Matt Gaetz, polityk z Florydy, niezwykle lojalny wobec Trumpa, stwierdził ostatnio w wywiadzie u Benny’ego Johnsona, że w jego opinii działalność Epsteina była działalnością obcego wywiadu zbierającego kompromaty na amerykańskie i brytyjskie elity, celem zapewnienia ich poparcia dla niekończących się amerykańskich wojen. Jeśli zatem obecny naczelny dowódca USA do kolejnych neokońskich wojen, mimo dużej presji, aż tak bardzo się nie garnie, to tego typu lewara marsowe bóstwo najwyraźniej na niego nie ma.

publikuje: Leon Baranowski Buenos Aires Argentyna