Menu Zamknij

Wątpliwe oskarżenia.

 

NR 50/659 8-14 GRUDNIA 2025

Na Zachodzie powtarzają się incydenty z „obozami zagłady w Polsce”. Dotyczy to także niemieckich gazet i telewizji, których pracownicy powinni znać dzieła swoich przodków. Coraz częściej słychać też dziennikarzy i polityków oskarżających Polskę o masowe mordowanie Żydów. Publicznie w Izraelu w 2018 r. przywódca centrowej partii jesz Atid (Jest Przyszłość) Ja’ir Lapid napisał, że „Polska była wspólnikiem w Holokauście”.
Lapid jest tylko głupcem i niedouczonym ekstremistą, ale sytuacja staje się niepokojąca. Od lat bowiem borykamy się ze skutkami publikacji ukazujących się głównie pod szyldem Centrum Badań nad Zagładą afiliowanego przy Instytucie Filozofii i Socjologii Polskiej Akademii Nauk. To środowisko uważające się za „nową polską szkołę badań Holokaustu” na dużą skalę przerabia fakty i treść źródeł historycznych, tak by maksymalnie obciążać Polaków zgodnie ze scenariuszem wspomnianym powyżej. Na dzieła autorów tej „szkoły” powołują się kolejni dziennikarze i naukowcy. Szwedzka historyk Holokaustu Ingrid Lomfors kilka lat temu stwierdziła, że „Holokaust byłby niemożliwy bez aktywnego uczestnictwa lub biernej zgody ludności lokalnej”. Powołała się przy tym na Jana Tomasza Grossa oraz dzieła dwóch najbardziej znanych (obok Barbary Engelking) autorów tej „szkoły”: Jana Grabowskiego i Dariusza Libionki. Wyraźnie widać, że Lomfors ma znikomą wiedzę o Zagładzie, ale do swoich tez miała „ściągę” właśnie w postaci wątpliwej wartości publikacji dwóch wspomnianych naukowców. To zjawisko typowe: główny nurt publikacji i „czasopism holokaustowych” na świecie coraz częściej funkcjonuje na zasadzie omawiania, powtarzania i kompilowania publikacji innych „badaczy”, którzy też nigdy nie powąchali prochu w archiwum. Jak przeciwstawiać się rozprzestrzenianiu fałszywych oskarżeń i zwalczać takie naukowe patologie?
Niektórzy politycy, publicyści kojarzeni z prawicą powrócili ostatnio do pomysłu składania pozwów na gruncie Kodeksu karnego albo powrotu do próby nowelizacji ustawy IPN. Jedno i drugie ma umożliwić ściganie osób pomawiających Polaków o współodpowiedzialność za niemiecką politykę eksterminacji Żydów. Pozornie to pomysły zrozumiałe, ale dobrymi chęciami to jest piekło wybrukowane. Angażowanie prokuratury i sądów do ścigania polityków i publicystów, tak samo jak próba ingerencji w treść dysput naukowych, to typowy przypadek, kiedy lekarstwo przyniesie bez porównania większe szkody od samej choroby.
PRYMAT NAUKI
W 2007 r. na Zachodzie ukazał się ciekawy artykuł prof. Dariusza Stoli z PAN pt. „The Polish debates on the Holocaust and the restitution of property” („Polskie debaty o Holokauście i restytucja [żydowskiej] własności”). W podsumowaniu o tytułowym zagadnieniu można przeczytać: „Już samo dopuszczenie myśli, że wśród tego [wojennego] pokolenia, wśród bohaterów i męczenników, byli również zbrodniarze, którzy prześladowali Żydów lub wykorzystywali ich nieszczęście, jest dla wielu Polaków bardzo trudne. W tym kontekście mówi się o polskiej wobsesyjnej niewinności« […]. Powtarzające się debaty na temat stosunków polsko-żydowskich i Holokaustu poczyniły postępy w poszerzaniu społecznego zrozumienia tych problemów, co może również ułatwić znalezienie rozwiązania kwestii własności”. A więc im więcej w nauce i debacie publicznej będzie o Polakach, którzy mają na sumieniu występki i zbrodnie na Żydach, tym łatwiej Polacy będą skłonni do jakiejś formy „restytucji żydowskiego mienia”. Traktując rzecz konsekwentnie, można pójść dalej: im szybciej Polacy zostaną „przesunięci” z kategorii ofiar drugiej wojny światowej do grona współsprawców i beneficjentów Holokaustu, tym łatwiej będzie na nich wymusić (nienależne przecież, bo mówimy o mieniu bezspadko-wym, które przeszło na własność Skarbu Państwa) jakieś środki finansowe za „żydowskie mienie zrabowane w Polsce”.
Wydaje się, że operacja pozbawienia Polaków statusu ofiar to główny cel działania „nowej polskiej szkoły badań Holokaustu”. Nie chodzi o rzetelną rekonstrukcję przeszłości, tylko preparowanie takiej jej wersji, która będzie dla nich jak najbardziej niekorzystna. Wszystkie chwyty wydają się tu dozwolone. Wielokrotnie pisałem, że czołowa przedstawicielka tej „szkoły”, prof. Barbara Engelking, podobnie Jan Grabowski czy Dariusz Libionka, bezceremonialnie i na dużą skalę przerabiają fakty i treść wykorzystywanych dokumentów. Przykładów działań tej grupy podałem już publicznie wiele. Przykładowo: Barbara Engelking na dużą skalę przerabia „nożyczkami” wszystko: niemieckie dokumenty z czasów wojny, żydowskie relacje czy cytaty z wykorzystywanych akt sądowych. Jan Grabowski cytat o polskich strażakach gaszących getto w Węgrowie przerobił tak, żeby w jego publikacji wspomniani to getto podpalali. Inna autorka tej „szkoły”, Dagmara Swałtek-Niewińska, przerobiła historię getta w Bochni. Tam setki Żydów, którzy ukryli się w różnych bunkrach i kryjówkach, wyciągnęła ze skrytek i wydała w ręce Niemców na rozstrzelanie (po wcześniejszym ich obrabowaniu) żydowska policja. W „nowej wersji” historii w tym zbrodniczym procederze funkcjonariuszy OD zastąpili już Niemcy i Polacy. Analogicznie „rekonstruowali” historię inni członkowie tej grupy, jak Karolina Panz czy Alina Skibińska. Rekord pobił jeden z artykułów Dariusza Libionki, który metodą specyficznego przywoływania źródeł setki (!) niemieckich ofiar dopisał Polakom. W książce „Dalej jest noc” takich żydowskich ofiar • Niemców (a niekiedy także żydowskich policjantów) są już po prostu tysiące. Nic to w polskiej historii nowego. Przed laty „naukowcy” z Zakładu Historii Partii KC PZPR latami publikowali sfałszowane dokumenty. Nawet w III RP w latach 90. ukazała się przerobiona wersja wspomnień żydowskiego policjanta Calela Perechodnika. Dziś mamy do czynienia z podobnymi praktykami, tyle że na większą skalę i pod szyldem PAN. Ale czy to wystarcza, żeby do walki z tą patologią angażować organa ścigania?
AKT OSKARŻENIA?
Nieskrępowane prowadzenie badań naukowych jest fundamentem naszej cywilizacji. Dotyczy to także tak drażliwej kwestii, jak naganne, niekiedy wręcz zbrodnicze czyny niektórych Polaków w czasie Holokaustu. Po stronie naukowców w tej kwestii stoją nie tylko oczywiste wartości, lecz także prawo międzynarodowe. Tylko w 2024 r. Parlament Europejski stworzył dwie rezolucje zobowiązujące państwa członkowskie do zwalczania wszelkich przejawów tłumienia wolności nauki. Z drugiej strony prawda nie podlega żadnej prawnej ochronie. Z jednym wszakże wyjątkiem. Dotyczy on de facto tylko jednej grupy etnicznej i tylko Holokaustu. Chodzi o tzw. kłamstwo oświęcimskie, które jest ścigane jako sprzeczne z prawdą, a także „niezgodne z pamięcią i czcią dla ofiar Holokaustu”. To wybiórcze i sporo mówiące o współczesności podejście do „pamięci i czci” dla ofiar totalitaryzmów i czystek etnicznych XX w.
Drastyczna dysproporcja między ochroną wolności nauki i braku takowej dla prawdy powoduje, że ściganie autorów oczywistych kłamstw jest niemożliwe. Wspomnianych tu publikacji Barbary Engelklng, Jana Grabowskiego et consor-tes nie można kwestionować środkami prawnymi, a w szczególności na gruncie prawa karnego. A w przeszłości próbowano podobne kroki uskuteczniać.
W 2019 r. prokuratura w Katowicach zleciła mi ekspertyzę tego, czy słowa ideowego patrona opisywanej „szkoły” Jana Tomasza Grossa, jakoby „w czasie wojny Polacy zabili więcej Żydów niż Niemców”, można uznać za przestępstwo z art. 133 („Kto publicznie znieważa Naród lub Rzeczpospolitą Polską, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3″) Kodeksu karnego. Na wstępie należało zatem ustalić, czy twierdzenia Grossa miały coś wspólnego z prawdą? Tylko w czasie wojny obronnej w 1939 r. Polacy zabili 16 tys. niemieckich żołnierzy, a przecież walczyli potem jeszcze pięć lat na różnych frontach drugiej wojny światowej. Z drugiej strony udokumentowane przypadki, w których Polacy („granatowi policjanci”, partyzanci, zwykli chłopi i pospolici bandyci) zabili żydowskich uciekinierów, dotyczą może kilkuset ofiar. Gdyby tę liczbę w szacunkach nawet kilkakrotnie zawyżyć, to nie ma szans, żeby zbliżyła się ona do 16 tys.
Za wypowiedziami Grossa nie stały więc żadne badania naukowe, a jego słowa były zwykłą prowokacją obliczoną na wywołanie skandalu. Ale ze względu na brak dokładnych wyliczeń niemieckich i żydowskich ofiar Polaków w czasie wojny nie sposób było te słowa odrzucić jako jednoznacznie fałszywe. Napisałem zatem w opinii, że teza Grossa była najprawdopodobniej kłamliwa, ale trudna do jednoznacznego obalenia i w nauce dopuszczalna. Stwierdziłem też, że w takiej sytuacji „świat nauki oraz polska i międzynarodowa opinia publiczna w oczywisty sposób uzna ją za mieszczącą się w granicach debaty naukowej”. Prokuratorzy umorzyli sprawę, pisząc: „Zadaniem prokuratury nie jest rozstrzyganie sporów o charakterze historycznym”.
Jakie byłyby konsekwencje, gdyby jednak spróbowano postawić Grossowi jakieś zarzuty? Na jego miejscu od razu poleciałbym do Polski i dał się zakuć w kajdanki jeszcze na lotnisku. Fala oburzenia zrobiłaby jemu i jego niemądrym wypowiedziom skuteczną reklamę na całym świecie.
A potem, gdyby inne zabiegi zawiodły, w obronie obywatela USA przypłynęłyby do Gdańska amerykańskie lotniskowce.
UKRYCI ZA PARAWANEM NAUKI
Historia Holokaustu zawsze była obszarem ideologicznej presji. Tragiczna przeszłość trochę zastąpiła dawną religię integrującą desakralizującą się żydowską społeczność i dała jej paliwo do roszczeń politycznych i finansowych. Ostatnie lata rządów izraelskiej prawicy odcisnęły też wyraźne piętno na Instytucie Yad Vashem. Instytucja ta zrezygnowała z kontroli jakości badań, nagradzając lub publikując zawierające systemowe manipulacje książki Barbary Engelking i Jana Grabowskiego. Zgadzam się z tezą, że ostatni kuriozalny tekst zamieszczony przez Yad Vashem w mediach społecznościowych o Polsce (ta w czasie, do którego tekst się odnosił, nie istniała), w której wprowadzono pierwsze restrykcje polegające na noszeniu przez Żydów opasek, nie był przypadkiem. To niepokojąca wizytówka różnorodnych prób obarczania Polski odpowiedzialnością za rzekomy współudział w Holokauście.
Warto wspomnieć, że takie działania mają konkretnych beneficjentów. Jedna z ostatnich kłamliwych książek Jana Grabowskiego przenosi winę za śmierć setek tysięcy (!) Żydów z niemieckich żandarmów i funkcjonariuszy gestapo na tzw. policję granatową w Generalnym Gubernatorstwie. Autor pisał ją jako stypendysta Zentrum fur Holocaust-Studien przy Instytut fur Zeitgeschichte w Monachium. Grabowskiego finansowała także fundacja Gerda Henkel Stiftung. Ta sama, która stoi za książką kolejnego pokolenia „nowej szkoły badania Holokaustu” Grzegorza Rossolińskiego-Liebe. W jego książce („Po-Inische Burgermeister und der Holocaust: Besatzung, Verwaltung und Kollaboration”, 2024), która w sposób wyjątkowo zuchwały fałszuje historię Holokaustu (obarczając za jego przebieg rzekomo polskie władze lokalne – polecam artykuł Damiana Sitkie-wicza w najnowszym numerze czasopisma IPN „Polish-Jewish Studies”), polskim burmistrzom – w sposób systemowy wykonującym niemieckie antyżydowskie rozkazy w sprawie np. tworzenia gett – przypisuje się „inicjatywę własną”.
To się nazywa polityka historyczna: Niemcy wykładają konkretne pieniądze na badania, które ich odpowiedzialność za zaplanowany przez nich i przeprowadzony mord na Żydach „rozdzielają” na innych, chociażby na okupowanych przez nich Polaków. Symptomatyczne, że miesiąc temu dziennikarz zawsze niechętnej Polsce gazety „Tagesspiegel” napisał, iż „Holokaust był zjawiskiem europejskim”.
Widać więc, że jako przeciwnik historycznej prawdy Niemcy są konsekwentni, zdeterminowani i groźni. Ale to nie powód, żeby żyć złudzeniami o możliwości zatrzymania tej fali kłamstw za pomocą organów ścigania. Polska dostała na ten temat bolesną lekcję w 2017 r., kiedy próbowano wprowadzić do ustawy o IPN artykuł 55a dotyczący „obrony dobrego imienia Polski”: „Kto publicznie i wbrew faktom przypisuje Narodowi Polskiemu lub Państwu Polskiemu odpowiedzialność lub współodpowiedzialność za popełnione przez III Rzeszę Niemiecką zbrodnie nazistowskie […] lub zbrodnie wojenne lub w inny sposób rażąco pomniejsza odpowiedzialność rzeczywistych sprawców tych zbrodni, podlega grzywnie lub karze pozbawienia wolności do lat 3″. Z przepisów tych wyłączono naukowców i artystów. Nie wiadomo, od czego zacząć krytykować takie pomysły: naukowiec może pisać o Polsce, co chce, ale już dziennikarz opierający się na jego badaniach podlega penalizacji. A czym zmierzyć, czy ktoś dostatecznie „rażąco” pomniejsza odpowiedzialność Niemców za ich zbrodnie? A jak ścigać osoby rzekomo naruszające te przepisy za granicą? Po drodze, w polskiej sejmowej anarchii, „legislacyjni entuzjaści” dopisali takie same reguły rozstrzygania historycznych problemów w sprawie trudnych fragmentów (głównie zbrodnia wołyńska) stosunków polsko-ukraińskich. A gdzie wolność swobodnej debaty publicznej? Gdzie gwarancje wolności słowa? Dobrze, że ten kuriozalny projekt przepadł, choć po drodze wyrządził niepowetowane szkody Polsce, a w szczególności IPN.
MOŻE PROCES CYWILNY?
Żeby już ostatecznie zabić kołek osikowy sądowym próbom „obrony dobrego imienia Polski”, warto wspomnieć o pozwie cywilnym, ponieważ taki przypadek w wypadku „nowej polskiej szkoły Holokaustu” miał już miejsce w przeszłości. Naukowcy z tego środowiska na dużą skalę wykorzystują akta powojennych śledztw i spraw karnych w sprawach o wojenne przestępstwa Polaków wobec Żydów, ale nie interesują się ich prawdziwą treścią. Ich metody wykorzystywania tych akt można często opisać tak: jest jakiś Polak, jest jakieś zabójstwo, więc Polak mordował Żydów. A że śledztwo umorzono, bo sprawa okazała się tylko fałszywym donosem? Albo proces pokazał, że oskarżonego nie było w tym czasie i w tym miejscu, albo opisywana przez świadka zbrodnia nigdy nie miała miejsca? Nie szkodzi: opisujemy wszystkich wspomnianych w źródłach Polaków jako denuncjatorów i morderców Żydów.
W ten sposób Barbara Engelking, Jan Grabowski czy Dariusz Libionka pomówili o różne zbrodnie wielu niewinnych ludzi. Jeden z nich to sołtys ze wsi Malinowo (Podlasie) Edward Malinowski, który na podstawie fałszywych zeznań (skutek konfliktów sąsiedzkichjzostał oskarżony o wydanie Niemcom żydowskiego bunkra w lesie, gdzie ukrywało się kilkanaście osób. W czasie procesu w obronie Malinowskiego zeznawali Żydzi, których ratował on w czasie wojny. Ustalono też, że denuncjatorem był miejscowy leśniczy, zabity za to przez żydowskich partyzantów. Sołtysa uniewinniono. Jak te akta zinterpretowała Engelking? Tak jak zwykle: opisała Malinowskiego jako denuncjatora okradającego Żydów. Dotknięta takim opisem kuzynka nieżyjącego już sołtysa Filomena Leszczyńska wniosła pozew cywilny. Sąd Apelacyjny w Warszawie odrzucił jej roszczenia, uznając, że wprawdzie doszło do naruszenia dóbr osobistych sołtysa Malinowskiego, ale Engelking nie działała bezprawnie, bo prowadziła badania naukowe. Czyli tak: autorzy takich książek mogą oskarżać, kogo chcą, o zbrodnie na Żydach, ale schowani za plecami nauki zawsze pozostaną bezkarni.
Dla porównania podam przykład innego procesu sądowego. Jakiś czas temu w książce IPN (byłem członkiem redakcji) ukazała się powtórzona za wcześniejszą publikacją błędna informacja, że przed wojną żydowski komunista Ozjasz Szechter został skazany za szpiegostwo. W rzeczywistości siedział on za komunizm, czyli de facto również za próbę zniszczenia Polski, tylko innymi metodami. Kiedy błąd wytknął nam prof. Andrzej Friszke, natychmiast podjęliśmy decyzję o zamieszczeniu sprostowania w kolejnym tomie publikacji. Tak uczyniliśmy. W tym czasie pozew cywilny przeciw IPN złożył syn Szechtera, Adam Michnik. Nie wdając się w dywagację, jak jedna z tych dwóch zdrad głównych mogła kogoś obrazić bardziej niż ta druga, napiszę tylko, że sąd nakazał IPN przeprosiny za naruszenie dóbr osobistych Adama Michnika i zamieszczenie sprostowania. Czyli tak: wolność badań i immunitet nauki, ale nie wtedy, kiedy w grę wchodzi psychiczne dobre samopoczucie Michnika, syna żydowskiego komunisty. Kiedy obraduje polski sąd, nikt nie jest bezpieczny. Kto jeszcze chce tam chodzić bronić prawdy albo „dobrego imienia Polski”?
CO ROBIĆ?
Wobec pojawiających się pomysłów składania pozwów sądowych czy też zapowiedzi powrotu do forsowania w polskim prawie art. 55a ustawy o IPN trzeba powtórzyć: to będą działania nieskuteczne i przyniosą Polsce tylko polityczne i wizerunkowe szkody. Sama akceptacja sytuacji, w której pozwalamy organom nieuprawnionym orzekać o przeszłości (sądom) jest proszeniem się o guza, bo to może obrócić się przeciwko prawdzie. Dziś penalizacji podlega jedynie proste „negowanie Holokaustu”. Ale z czasem interpretacja prawa podlega (merytorycznym albo ideologicznym) wykładniom rozszerzającym. Nie bez kozery Jan Grabowski, obrzucając epitetami jednego ze swoich krytyków, historyka Radosława Jóźwiaka z Węgrowa, napisał o czymś w rodzaju „myślozbrodni” pod tytułem „negowanie świadectw Zagłady”.
Nie wiadomo, co będzie ścigane jutro. A jeżeli za lulka lat próba krytycznej analizy zeznań żydowskich świadków czy też opisywanie pseudonaukowych publikacji Engelking, Grabowskiego et consortes będą penalizowane jako „zaprzeczanie polskiemu współudziałowi w Holokauście”? Im dalej sądy będą trzymane od nauki, tym lepiej dla niej. Obrona wolnej debaty bez przywilejów dla grup etnicznych, niektórych faktów i źródeł to obowiązek wszystkich zwolenników wolności. Jak będą rzetelne badania naukowe, to prawda obroni się sama. Jaskrawość i schematyzm nadużyć dokonywanych w publikacjach „nowej szkoły badań Holokaustu” pozwolą na systemowe zdemaskowanie tej mistyfikacji.

publikuje: Awi Gotlieb Hajfa Izrael