Menu Zamknij

Nigdy więcej ekshumacji

TYGODNIK LISICKIEGO DO RZECZY – NR 28/637 7-13 LIPCA 2025

Marek Kamiński
Polscy świadkowie tragedii jedwabieńskich Żydów przed ich zamordowaniem podkreślają sadystyczny ferwor młodych, nigdy przedtem w mieście niewidzianych, oprawców
Nagłaśniana periodycznie kwestia Jedwabnego w tym roku zabrzmiała pełnym głosem między pierwszą a drugą turą wyborów prezydenckich. I to z przeciwstawnych biegunów politycznego spektrum.
Michał Bilewicz, profesor Uniwersytetu Warszawskiego, szef Centrum Badań nad Uprzedzeniami Zakładu Psychologii Stosunków Międzygrupowych, 19 maja 2025 r. na portalu X oznajmił: „Nie dajcie się zwieść. Wybór jest prosty: sprowadza się do tego, po której stronie stodoły w Jedwabnem staniesz. Czy z jej podpalaczami, dobijającymi ofiary siekierami i widłami? Czy może po stronie Antoniny Wyrzykowskiej, która ratowała Żydów, za co musiała uciec z miasta?”.
Stwierdzenie to zdobyło spoty rozgłos i było przy okazji wyborczych sporów wielokrotnie cytowane. Oprócz oburzenia wpis ten wygenerował serię żądań wznowienia ekshumacji. Ukoronowaniem tych żądań było ofiarowanie przez Grzegorza Brauna prezesowi IPN i kandydatowi na prezydenta Karolowi Nawrockiemu szpadla z apelem: „Wbij tam pierwszy szpadel. Ma pan siedemdziesiąt parę godzin”.
Wydawać by się mogło, że o niedorzeczności oskarżenia jedwabian o dobijanie ofiar widłami, a zwłaszcza siekierami, poświadczyłaby pełna ekshumacja. Okazuje się, że sprawa wcale nie jest tak oczywista.
Przypominam, że ekshumację rozpoczęto 30 maja 2001 r. 4 czerwca na żądanie strony żydowskiej została ona wstrzymana przez śp. Lecha Kaczyńskiego, wówczas prokuratora generalnego RP, którym tenże przestał być już 5 lipca. Niewykluczone, że zastąpienie Kaczyńskiego innym politykiem (był nim nominat AWS – Stanisław Iwanicki) ułatwiło Aleksandrowi Kwaśniewskiemu zawyrokowanie już 10 lipca urbi et orbi polskiego sprawstwa tej zbrodni. Zważywszy na to, że był to początek jego drugiej kadencji, prowadzącemu dochodzenie prokuratorowi IPN Radosławowi Ignatiewowi pozostały rejtanowski gest albo pełna dyspozycyjność. Wybrał drugie, potwierdzając swoim pseudośledztwem niczym nieuzasadniony prezydencki werdykt. Ustawa 447 Kongresu USA i bluzgi Bilewicza to jedynie niektóre z licznych konsekwencji tego wyboru.
JAK BYŁO
Zacznijmy od przypomnienia udokumentowanego dowodami rzeczowymi i świadectwami pisanymi od co najmniej czterech lat niekwestionowanego przebiegu jedwabieńskiej zbrodni (w kwestii szczegółów odnoszę się do książki „Zamiast ekshumacji”, Prohibita 2021, i wideoprezentacji na https://www.jedwabne41.org/).
Nie muszę chyba nikogo przekonywać, że naturalnym momentem wybuchu spontanicznego ludowego pogromu byłyby pierwsze dni po wkroczeniu Wehrmachtu, a nie trzy tygodnie później. Tak samo myśleli Niemcy. Stąd już 17 czerwca 1941 r., czyli pięć dni przed atakiem na Związek Sowiecki, szef Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy Reinhard Heydrich ustnie rozkazał „akcje samo-oczyszczające” na zdobytych terenach wywoływane „bez zostawiania śladów”.
Pierwszą próbę podjęło w dniach 24-27 czerwca na trasie Szczuczyn-Wąsosz-Radziłów-Jedwabne. Kilku gestapowców przejechało tę trasę, by uaktywnić agenturę. Gdy się okazało, że polscy mieszkańcy nie dali się sprowokować, Heydrich 29 czerwca zareagował pisemnym Rozkazem Operacyjnym nr 1. Wobec braku polskich pogromowych zapędów zorganizowano specjalne komando (Einsatzgruppe) złożone z młodych polskojęzycznych Prusaków, folksdojczów i agentów. 4 lipca ruszyli oni z Prus konwojem kilkunastu furmanek dokładnie tą samą trasą, dokonując co drugi dzień mordów miejscowych Żydów. W Radziłowie zostali dzień dłużej, bo dopiero na miejscu zorientowali się, że w środę, na którą zaplanowano Jedwabne, odbywa się tam targ. Dzień targowy byłby idealny na spontaniczny pogrom Żydów przez – jak „wydedukował to” Ignatiew – ok. 40 mieszkańców miasteczka i okolic, bo tylko wtedy ci ostatni byliby na miejscu. Byłby to również wyjątkowo niesprzyjający moment na starannie zaplanowany, oparty na zaskoczeniu i precyzji masowy mord pozorujący spontaniczny ludowy pogrom. Liczniejsza niż zwykle obecność młodych, często podchmielonych Polaków i nadmiar kłonic wykluczały panoszenie się obcych. Natomiast lipcowy czwartek, gdy większość mężczyzn Jedwabnego i okolic pracowała w polu, był na wyegzekwowanie precyzyjnie zaplanowanej zbrodni idealny. Dlatego właśnie w czwartkowy poranek do Jedwabnego wjechał drogą z Radziłowa sznur furmanek ze wspomnianym komandem.
Następnie przybysze zebrali jedwabieńskich Żydów na rynku, wybrali 40-50 najsilniejszych mężczyzn, kazali im zburzyć stojący tam pomnik Lenina i w szyderczym pogrzebie nieść jego fragmenty na – jak sądzono – niewidoczny z rynku żydowski cmentarz. O stojącej naprzeciw cmentarza stodole nikt wtedy nie pomyślał. A to tam właśnie wprowadzono Żydów i ustawianych pomiędzy ścianą a wykopanym rowem o wymiarach 1 na 6 m rozstrzelano z wówczas nierozpoznawalnego ze względu na rekordową szybkostrzelność karabinu maszynowego MG 39/41. Następnie, by uniknąć pojedynczych wystrzałów mogących zaalarmować zebraną na rynku społeczność, jeszcze żyjących dobijano pałkami i wrzucano do dołu. Dół pozostawiono otwarty nie przez niedbalstwo, ale z powodów operacyjnych. Po kilku godzinach pod stodołę przyprowadzono niespodziewającą się niczego resztę społeczności, dla której rozstrzelani nie byli przypadkowym ludźmi, ale synami, braćmi i mężami.
I teraz spróbujmy sobie wyobrazić, co się działo, gdy czołówka pochodu zauważyła w stodole otwarty grób, być może słysząc jeszcze jęki umierających. W ciągu kilkudziesięciu sekund krańcowo zdesperowany tłum, bez jakiejkolwiek zachęty, skłębił się nad otwartym grobem. W tym samym momencie zamknięto wierzeje i jeden z Niemców odstrzelił rakietę sygnalizacyjną, od której zapłonęła polana naftą strzecha, natychmiast wysysając ze stodoły cały tlen. Oszołomionym całą sytuacją ofiarom wystarczyło świadomości na pojedynczy krzyk i instynktowne przemieszczenie się w kierunku przeciwnym od ognia, gdzie umierali, tratując się nawzajem i tworząc ze swych ciał bezwiedny całopalny stos. Stodoła jeszcze płonęła, gdy oprawcy, w trosce o to, by ich nie zidentyfikowano, opuszczali Jedwabne. Równocześnie podkreślam, że nie ma żadnych przesłanek, nie mówiąc o dowodach, ku temu, by twierdzić, że jakiś jedwabieński Żyd doznał 10 lipca 1941 r. krzywdy z rąk sąsiadów.
NIEDOSZŁE KONSEKWENCJE PEŁNEJ EKSHUMACJI
Na badanym terenie odkryto dwa groby. W mogile numer 1 leżą ofiary podpalenia, natomiast w grobie numer 2 – młodzi mężczyźni zamordowani w stodole przed pożarem. Ponowne odkrycie grobu numer 1 i ustalenie liczby ofiar nie wniosłyby nic do nadrzędnej tu kwestii sprawstwa. Wiadomo, jak zginęli, a grzebanie w ich osmalonych kościach nie pomoże w identyfikacji morderców. Stodołę podpalono od zewnątrz i to tam znaleziono corpus delicti tego aktu, czyli odstrzeloną łuskę niemieckiego naboju sygnałowego, i to w miejscu zgodnym z powyższym scenariuszem.
Tak więc pozostaje grób numer 2, w którym spoczywa pierwszych 40-50 mężczyzn. Wskazanie sprawców właśnie tej, pozornie drugorzędnej, zbrodni stanowi klucz do sprawstwa całej tragedii.
Niepodważalnym dowodem tego, że zrobili to Niemcy, byłby rzeczowy dowód rozstrzelania. A ten Ignatiew odrzucił, twierdząc, że znalezione w stodole łuski pochodzą z karabinu MG 42 wprowadzonego do jednostek liniowych rok później. Równocześnie pominął on najbardziej oczywisty fakt, że każdą broń poprzedza sprawdzany w warunkach polowych prototyp. W przypadku MG 42 był to MG 39/41 testowany od co najmniej roku w tysiącach egzemplarzy w jednostkach pomocniczych, takich jak ta operująca w Jedwabnem. I to właśnie łuski z deformacją charakterystyczną dla prototypu znaleziono w relikcie stodoły, po stronie przeciwnej od rozstrzelanych ofiar.
Deformacja ta była identyczna jak ta, powodowana przez ostateczną wersję broni – MG 42. Mimo to Ignatiew odrzucił oczywisty fakt użycia prototypu i samego rozstrzelania, uznając wyłącznie istnienie wprowadzonej rok po Jedwabnem, wersji ostatecznej, którą w roku 1941 użyta być nie mogła. Nadzieją ponownego kopania ma być znalezienie pocisków w grobie numer 2. Liczący na to znalezisko nie zauważają, że ofiary ustawione pod północną ścianą stodoły rozstrzeliwano na stojąco. A w tej sytuacji szanse na znalezienie wystrzelonych pocisków są praktycznie żadne. MG 39/41 był skuteczny na 3 km, a z odległości kilku metrów pociski z łatwością przebijały ofiary i stodolne deski. Lądując gdzieś na żydowskim cmentarzu albo i dalej, nie zwracały niczyjej uwagi. Dlatego ofiary ustawiano pod tą, a nie przeciwną ścianą, za którą były zabudowania.

Przykład katyńskich czaszek z dziurami po pistoletowych kulach do Jedwabnego się nie odnosi
Pozostają więc ślady po kulach na ekshumowanych szczątkach. Gdyby badanie to przeprowadzono w ciągu kilku lat od zbrodni, na zachowanych jeszcze w jakimś stopniu tkankach miękkich, uzyskanie dowodów rozstrzelania byłoby praktycznie zapewnione. Ale tu od czasu śmierci upłynęło 80 lat, po których to z ofiar pozostały wyłącznie kości, które też uległy częściowej degradacji. Przykład katyńskich czaszek z dziurami po pistoletowych kulach do Jedwabnego się nie odnosi. W Jedwabnem na pewno nie strzelano w głowy, a w centralną część tułowia. Kilkusekundowymi seriami przeszywano ofiary horyzontalnie mniej więcej na poziomie dolnej części klatki piersiowej i górnej brzucha. A tu nie ma kości, na których pocisk karabinowy zostawiłby charakterystyczny, rozpoznawalny po 80 latach ślad. Roztrzaskanego kręgu, fragmentów żeber czy łopatki za takowe uznać się nie da, bo z tej odległości pocisk z MG 39/41 nawet miednicę rozrywałby na fragmenty, zamiast pozostawić dziurę. Do tego dochodzą naturalna degradacja tkanki kostnej, uszkodzenia powodowane przygnieceniem trzema betonowymi fragmentami pomnika Lenina i wagą chodzących po powierzchni ludzi oraz ciężkiego sprzętu użytego na początku lat 50. do ustawienia kilkunastotonowego betonowego monumentu, a potem, w roku 2001, do usunięcia go dla celów śledztwa.
Ponadto polscy świadkowie tragedii jedwabieńskich Żydów przed ich zamordowaniem podkreślają sadystyczny ferwor młodych, nigdy przedtem w Jedwab-nem niewidzianych oprawców. Nie ulega zatem wątpliwości, że mężczyźni ci najpierw znęcali się nad ofiarami, bijąc je pałkami i kopiąc. Ponadto seria z MG 42 u wielu, a może nawet u większości nie powodowałaby natychmiastowej śmierci. Chcąc uniknąć łatwo rozpoznawalnych pojedynczych strzałów karabinowych, które mogłyby zaalarmować zebraną na rynku pozostałą część społeczności, ranni byliby dobijani uderzeniami pałek, najczęściej w głowy. Pośrednio świadczy o tym stwierdzenie Szmula Wasersztajna: „Był w krzakach. Słyszał, jak krzyczą. Szelawa zabrał jednego Żyda. Język mu wycięli. Później długa cisza”. Cisza ta miała nastąpić nagle, wręcz niespodziewanie. Jeśli tak, to na pewno nie stało się to z powodu wycięcia czyjegoś języka, ale rozbicia pałką głowy ostatniej krzyczącej ofiary. Urazy te w odróżnieniu od mierzonej w tułów serii z broni maszynowej pozostawiły uszkodzenia układu kostnego, co do których mechanizmu nie byłoby najmniejszych wątpliwości. Potwierdza to analiza zdjęć właśnie odkrytej, wierzchniej warstwy szczątków ofiar z grobu numer 2. Widać tam wyraźnie fragmenty połamanych kości długich i żeber. Wyróżniają się natomiast kość potyliczna z widocznym wielkim otworem i pozostałości strzaskanej żuchwy. To tyle na podstawie analizy nieostrego zdjęcia w formacie • PDF z raportu prof. Andrzeja Koli. Do tego dochodzi wysokie prawdopodobieństwo wykopania prymitywnych pałek, żelaznych prętów czy nawet siekiery – narzędzi automatycznie kojarzonych z wiejskim motłochem w przeciwieństwie do odzianego w elegancki mundur esesmana.
CO BY BYŁO, GDYBY…
Wyobraźmy sobie lato 2001 r. – apogeum bezrefleksyjnego poruszenia Jedwabnem. Po pełnej ekshumacji media gorliwie eksponują obrazy uszkodzonych tępymi narzędziami czaszek, połamanych kości i ewentualnie prymitywnych narzędzi zbrodni z grobu numer 2. Z grobu numer 1 eksponowano by osmalone ogniem kości kobiet i dzieci. Wobec dyletanckiego, a może umyślnego, odrzucenia przez Ignatiewa oczywistych dowodów rozstrzelania proweniencja mordujących zostałaby ustalona na zasadzie wiecowej aklamacji. Wyrazistość wizualnego przekazu świadectw spotęgowałyby oświadczenia Szmula Wasersztajna, które, jeżeli w ogóle miałyby się gdzieś zachować, to nie w Żydowskim Instytucie Historycznym, a w historii choroby człowieka cierpiącego na zaawansowaną i nieodwracalną postać zespołu stresu pourazowego. Niewiaiygodność tych świadectw była od początku tak oczywista, że w procesie mieszkańców Jedwabnego podejrzanych o uczestnictwo w tragedii (czerwiec 1949 r.J prokurator dokumenty te pominął, by nie dyskredytować oskarżenia. To samo zrobił prokurator Ignatiew z IPN. Jednakże latem 2001 r. w odbiorze publicznym liczył się głównie Jan Tomasz Gross, któiy wyniósł te chore rojenia do rangi ostatecznej prawdy o Holokauście. Siła zintegrowanych przekazów, wizualnego (ekshumacja) i słownego (książka Grossa „Sąsiedzi”), byłaby tak porażająca, że na jakiekolwiek świadectwa niemieckiego sprawstwa, jeśliby się takowe pojawiły, nikt by uwagi nie zwracał. I byłoby tak do dziś.
Powyższe obawy niewiele straciły na aktualności. Nieprzewidywalność znalezisk sprawia, że ponowna ekshumacja niesie spore ryzyko i żadnych potencjalnych korzyści. Zgodnie z zasadą, że obraz mówi więcej niż tysiąc słów, wyjęte z kontekstu rzeczywistego przebiegu zbrodni zdjęcia pogruchotanych czaszek i osmalonych dziecięcych kości praktycznie zniwelowałyby efekty dotychczasowych oraz przyszłych usiłowań obrony polskiej racji z niniejszym tekstem włącznie.
IN MEMORIAM
Świętej pamięci Lecha Kaczyńskiego ostro krytykowano za wstrzymanie ekshumacji, które – jakkolwiek by na to patrzeć – wymagało sporej odwagi. Krytyczne głosy pojawiły się też m.in. przy okazji wawelskiego pochówku. Przyznają, że nie byłem przekonany co do zasadności tego zaszczytu.
Dopiero obecna świadomość skali wizerunkowej katastrofy, której zapobiegł, i jej potencjalnych politycznych, prawnych oraz finansowych skutków rozwiała te wątpliwości. Czy była to intuicja, polityczny instynkt, racja stanu czy rada brata bliźniaka, jest kwestią drugorzędną. Liczą się, wręcz zbawienne dla wizerunku Polski i Polaków, skutki decyzji i odwaga jej podjęcia, które moim zdaniem, jeśli nie całkowicie, to w dużym stopniu uzasadniają wawelskie uhonorowanie:

publikuje: Cwi Mikulicki Hajfa Izrael